Czy chcemy mieć w Polsce doktorantów?

Oburzył mnie tekst Jana Hartmana “Doktorancka niedola” w ostatniej “Polityce”.
Kontynuując serię komentarzy ad Hartmanum, muszę wyrazić absolutną niezgodę z tekstem tego krakowskiego filozofa, napisanym z kolei w odpowiedzi na artykuł Żukowskiego i Stępień w Science pt. „Polska to nie jest kraj dla doktorantów”.
Nie oburza mnie zdanie o niskiej jakości przeciętnego doktoratu. Z tym się akurat zgadzam. Długo by można o przyczynach dyskutować, upatrywać ich czy to w słabym przygotowaniu doktorantów, czy to w nawale obowiązków, czy też wpychaniu w formę książki badań z dziedzin, w których się po prostu książek nie pisze… Ale nie będę tego rozwijał, nie po to zabieram tu głos, żeby się z kimś zgadzać.
Sprzeciwiam się krytyce doktorantów en masse. Pisaniu, że im się za wykonywaną pracę pieniądze nie należą, bo są w zasadzie kolejnymi studentami, a pracę swą wykonują beznadziejnie. Ocenom typu “nieudolne terminowanie w zawodzie nauczyciela kosztem studentów”.
Tak, spora część doktorantów istotnie prowadzi zajęcia beznadziejnie. Tylko że czyni tak i spora część pracowników uczelni, i badawczo-dydaktycznych, i dydaktycznych, i tych z doktoratem, i z habilitacją, a nawet niekiedy i uświęconych dotknięciem prezydenckiej ręki profesorów. Dowodów nie trzeba, kto studiował, ten pamięta. Jakość zajęć nigdy nie była priorytetem Uniwersytetu, po pierwsze tworzącego Naukę, a dopiero potem tą Naukę przekazującego innym.
Niemniej spora część doktorantów (podobnie jak doktorów czy profesorów) świetnie prowadzi zajęcia, a niektórzy dzięki mniejszej różnicy wieku potrafią lepiej porozumieć się ze studentami. W mojej prywatnej opinii mój kolega doktorant nie tylko prowadzi zajęcia lepiej ode mnie (miejmy nadzieję, że moi szefowie tego nie czytają), ale należy do najlepszych wykładowców w całej katedrze, a może i na wydziale. Ilustruje wykładany materiał poruszającymi historiami z własnego doświadczenia, moduluje głos. Powinni go w telewizji pokazywać. Nazwiska nie podam, bo się jeszcze chłopak rozzuchwali (a tego nie tylko by profesor Hartman nie przeżył, ale i ja bym wolał uniknąć).
Stanowisko krakowskiego filozofa kojarzy mi się trochę z wieżą z kości słoniowej. Filozofom zapatrzonym od czasów Platona w trójjednię prawdy, dobra i piękna można je pewnie wybaczyć. Moje jako człowieka zajmującego się rzeczywistymi (nawet jeśli zwykle nieprawidłowymi) ludzkimi zachowaniami i fenomenalnymi psychicznymi z definicji musi być nieco inne.
Tekst wybitnego profesora krytykuję jako prosty doktor. To jest moim zdaniem istotne, bo doktoranci bądź potencjalni doktoranci nie skrytykują go wcale. Zwłaszcza ci drudzy po prostu wzruszą ramionami i znajdą sobie inną pracę – a może raczej pracę w ogóle. Pracę, czyli miejsce, gdzie za włożony wysiłek dostaje się pozwalające przeżyć pieniądze, a nie tylko goni za nieśmiertelnym, ale wymykającym się ludzkiemu poznaniu światem idei.
Pytałem ostatnio świetną kandydatkę na doktorantkę, czy może planuje zrobić doktorat. Lat około trzydziestu, wybijająca się w swojej obecnej pracy, niezwykle szybko się uczy, świetna merytorycznie, zaradna, pracowita (a nawet umie zrobić szpagat). Odpowiedź brzmiała: nikt mi doktoratu nie zaproponował.
Oczywiście możemy dalej siedzieć i upajać się wielkością Akademii, licząc, że podobnie upojeni kandydaci będą do niej walić drzwiami i oknami, ale młodsze pokolenia takie nie są. Nie ma w nich tłumów gotowych poświęcić życia dla mądrości. W Uniwersytecie od lat część etatów jest nieobsadzana. Niekiedy w ogóle rezygnuje się z konkursów na niektóre stanowiska, przyjmuje się pracownika, gdy w końcu zgłosi się jakiś chętny. Albo dopiero wtedy rozpisuje konkurs.
Przetłumaczmy oczekiwania z tekstu Hartmana na zwyczajne życie. Oto człowiek po ukończeniu studiów magisterskich podejmie kolejne studia trzeciego stopnia. Będzie prowadził zajęcia ze studentami i badania naukowe za półdarmo (przez pierwsze lata za stypendium znacznie poniżej średniej krajowej). Z czego jednak będzie żył? Doktorat trwa 4 lata, zaczyna się go nieraz w wieku 23 lat, a nieraz dekadę później. Kto będzie utrzymywał doktoryzującego się trzydziestolatka? Partner, rodzice, Caritas?
Podobnie wyglądała kiedyś sytuacja lekarzy po studiach. Przez lata zaczynali pracę od wolontariatu, dorabiając po nocach. Po kilku-kilkunastu miesiącach harówki w większości za darmo i pracy po 60-80 godzin w tygodniu dostawali etat. Jednak młodsze, obeznane ze światem, znające języki obce pokolenia nie zadowalały się obietnicą pensji za pół roku. Zamiast tego wyjeżdżały do krajów, gdzie za pracę otrzymywało się zapłatę. Od razu. Rząd rozwiązał sytuację radykalnie, kiedy doszło do niego, że albo umożliwi im zrobienie specjalizacji w Polsce, albo oni wyjadą i już nie wrócą. Zapłaci im za pracę albo nie będzie specjalistów. Stąd się wzięły rezydentury.
Z zajmowania się nauką w Polsce obecnie trudno przeżyć. Na uczelniach medycznych praktycznie wszyscy od profesorów po doktorantów mają inne (zazwyczaj kilkukrotnie lepiej płatne) prace. Z czego żyją matematycy czy humaniści, nie mam pojęcia.
Przypomnijmy sobie hierarchię potrzeb Maslowa. Człowiek musi się najeść napić i wyspać, nawiązać relacje i rozwinąć poczucie bezpieczeństwa, najlepiej także finansowego. Dopiero wtedy możemy myśleć o wielkich ideach.
Ciekawe, czy jakość prowadzonych zajęć i poziom doktoratów by nie wzrosła, gdyby tak pojawili się w większej liczbie doktoranci zajmujący się głównie doktoratem, a nie inną pracą, co dzisiaj stanowi ewenement.
Nie ma znaczenia, jak wedle czy innego naukowca być powinno. Liczy się rzeczywistość, taka, jaka ona jest. Jeśli nie zapewnimy doktorantom dobrych warunków, nie mamy co liczyć na dobrych doktorantów. Wartościowi ludzie wybiorą inne ścieżki kariery. Zaoferują uczelni, że owszem, mogą poprowadzić jakieś badania i pouczyć studentów – kiedy akurat będą mieli chwilę wolnego w innej pracy.
Marcin Nowak
Komentarze
Posłużę się (prymitywnym?) Przykładem.
Staram się o prawo jazdy na samochód osobowy: kurs, jazdy, egzamin. Mam papier i jadę. Robię kurs zawodowy i pracuję jako kierowca. Mogę się specjalizować w jakichś pojazdach szczególnych. Reszta to praktyka zawodowa i ew. wyższe premie.
Chcę zostać lekarzem. Studia, egzaminy, praktyki. W końcu praca. Zbieram doświadczenie, robię specjalizacje. Ew. awansuję. Po co doktorat, habilitacja? Jeśli jestem czynnym lekarzem, to praca naukowa jest co najwyżej marna. Wiem coś o tym z życia bliskich i znajomych królika.
Chodzi mi o to, że praca naukowa powinna być traktowana jako oddzielna dziedzina zawodowa, bez mieszania z innymi. Bo np. inżynier elektronik mógłby spodziewać się dodatku do pensji za tytuł mistrza szewstwa lakierkowego. Czyli każdy zawód jest określony zakresem działań. Co nie przeszkadza, by księgowy umiał programować. Przyda się w pracy. Tak samo, jak szeroka współpraca różnych zawodów. W tym naukowców.
Czyli precz z tytułomanią. Płaca za pracę, a nie za tytuł czy stanowisko. Dotyczy to przede wszystkim służby cywilnej. Ale do tego trzeba pełnej transparentności, a ponieważ decydują o tym cywilni służący, to nic z tego nie wyjdzie.
Czyli dyskusja jałowa. Dobrze chociaż, że wiosna tuż.
@Qba
W pracy lekarza akurat codziennie korzysta się z wiedzt naukowej i wymaga ona ciągłego dokształcania się. A badania robi się na żywych ludziach. Co więcej, prawo zakazuje, by badaniem medycznym kierowała osoba niebedaca lekarzem. Więc ta rozdzielność nie ma racji bytu.
Sytuacja wygląda mniej więcej tak. Masz grant (jakimś cudem), możesz zapłacić swojemu doktorantowi tyle, że będzie zarabiał więcej niż ty? To połowa sukcesu. Teraz musisz znaleźć kandydata. Niestety, dla naprawdę dobrego to i tak za mało, zresztą już zdążył wyjechać (albo przyjechać) do kraju, gdzie naukę traktuje się poważnie. Możesz oczywiście zatrudnić słabego kandydata, żeby się rozliczyć z projektu, ale wtedy będziesz musiał mocno „pomagać” w prowadzeniu badań. Grantoza-punktoza zabija naukę, bo prawdziwych odkryć dokonują młodzi ludzie. Hartman pisał (dość niejasno muszę przyznać) chyba o czym innym, o studiach doktoranckich jako o przedłużeniu studiów na zasadzie „wiecznego studenta”, który jeszcze nie do końca wie co dalej robić w życiu. Ale to trochę inny temat.
@Marcin Nowak
Oczywiście, ale nie chodzi mi o rozdzielenie badań i praktyki. To musi się łączyć. Mnie chodzi o zdobywanie tytułów naukowych, co przy codziennej pracy lekarza jest na ogół farsą. Ale chyba nie wynaleźliśmy innej metody nobilitacji fachowców. A szkoda, bo ta się mocno zdewaluowała.
@Stary Profesor
Niestety, bardzo rzadko zdarza się, że ktoś wie za młodu, co chce robić w życiu. Pomijając rozwiązanie trywialne, czyli „nic”, wybór jest na ogół przypadkowy i sprawdza się przeciętnie zgodnie z rozkładem uzdolnień – absolutna większość z nas jest przeraźliwie przeciętna. Na szczęście, na dość wysokim poziomie.
Qba
19 kwietnia 2026 16:24
„Płaca za pracę, a nie za tytuł czy stanowisko.” Chyba nie tyle za „pracę” co za jej rezultaty – wide doradca finansowy (czy jak to sie po polsku nazywa) pobiera wynagrodzenie niezależnie od tego czy doradzanie zysk czy stratę przynosi. Wynagrodzenie (pay) odzwierciadla oczekiwanie rezultatów, tytuł rzeczone oczekiwanie uzasadnia – znaczy zanim się idiotę kuzyna na intratną posadkę wepchnie, trzeba mu tytuł kupić. Tytułomanię należy kompletnemu brakowi accountability (odpowiedzialności za wyniki działania) przypisać – posiadaczy tytułów okresowe przeglądy techniczne, tak jak to jest w przypadku samochodów w Skan a w USA lekarzy, nie obowiązują.
Jest wiele dziedzin medycyny. Jako stary pacjent korzystajacy przez lata z usług lekarzy mógłbym napisać rozprawkę pokazującą błędy w diagnozach, ale też przypadki trafnego doboru medykamentów.
Na przestrzeni ośmiu dekad medycyna uległa wielu zmianom. Pojawiły się nowe sposoby leczenia, specyfiki, ale też przybyło chorób o których dawniej nie wiedziano.
Medycyna ludowa odeszła do lamusa chociaż profesor Wilczur stale ma duże poważanie w niektórych kręgach.
Nie dziwi mnie już pytanie lekarza „co panu dolega?”, ale jeszcze mam w pamięci pytanie chirurga po skomplikowanej operacji „co było przyczyną?”.
To są prawdziwe zagadki medyczne bez szansy na właściwą odpowiedź.
exp(nic) = singularity
Z innej łączki – może też ambitni doktoranci
Lub uczniowie czarnoksiężnika.
SI „Claude Mythos”
Grzebano, majstrowanie. No i doczekano się.
Stworzono i .. nikt nie wie czy jest użyteczna.
Wręcz szkodliwa i niebezpieczna. Twórcy, jak
piszą, stracili kontrolę, nie wiedzą jak pracuje.
@Zezem,
wielu twierdzi, ze alarm ostrzegawczy Anthropic jest pewnego rodzaju genialnym posunieciem PR‑owym. Wyjsc publicznie i stwierdzic, ze wlasny produkt jest „zbyt potezny dla swiata”, to ostateczny pokaz sily w trwajacej wojnie AI, sygnalizujacy przewage.
I dobrze sprawdzony trick 🙂 W 2019 roku konkurencyjne OpenAI, a zalozyciel, szef Anthropic, Dario Amodei, byl dyrektorem ds. badan, dokladnie zrobili to sam. Ukonczylo trening modelu jezykowego GPT‑2. I co? 🙂
Ogloszono, ze AI jest zbyt niebezpieczna, by ja wypuscic, argumentujac, ze swiat potrzebuje czasu, na przygotowanie 😀
Niezaleznie od tego, czy to autentyczne ostrzezenie, czy skalkulowana strategia marketingowa (prawdopodobnie mix), Anthropic wlasnie zadbal o to, zeby Twoja Zezem (i innych) ponownie przyciagnac niepodzielna uwage.
pzdr S
…
https://www.forbes.com/sites/jonmarkman/2026/04/08/what-is-claude-mythos-and-why-anthropic-wont-let-anyone-use-it/
…
Mnie osobiscie, bardziej martwia zakusy rzadu USA nad przejeciem kontroli nad AI, jak co inne (w AI 🙂 ). Z pomoca piatki chlopakow, Dario, Demis, Elon, Mark i Sam 🙂
https://www.newsdirectory3.com/beyond-mythos-why-laissez-faire-is-no-longer-viable/
ale niestety musze leciec, to nie mam zamiaru martwic mnie wiecej chwilowo…
pa, Seleuk
Nie czuję pociągu
Do zaciągu
@seleuk|os|
No popatrz… Twoja uwaga została także było nie było przyciągnięta ;–).
Prekursorem Anthropic był / jest „HAL9000”.
Na wymienioną piątkę nie masz wpływu.
Tak więc : enjoy the day.
Dużo jest informacji złych, a nawet takich budzących grozę, ale dzisiaj przeczytałem, że PSL złożyło w Sejmie projekt ustawy, który ma uporządkować stan prawny gruntów spółdzielni mieszkaniowych.
Dotyczy setek tysięcy obywateli zamieszkałych w budynkach mieszkalnych na gruntach nieuregulowanych.
Mamy 2026 rok. Będzie postęp w administracji rządowej!
Kto będzie utrzymywał doktoryzującego się trzydziestolatka?
Master w wieku 25-26, 3-4 lata na doktorat, w Niemczech i Szwajcarii najwybitniejsi (w naukach ścisłych) promowują mając 29-30 lat, ale średnia przypada na 32 lata, podobnie jak w UE.
Medycyna i stomatologia, wstęp do studiów doktoranckich zaczyna się w wieku ca 30 lat, przedłużony staż kliniczny opóźnia rozpoczęcie studiów.
Dla wielu szwajcarskich studentów droga bezpośredniego „anszlusu” nie jest jednak realistyczna. Służba wojskowa, praktyki lub pierwsza stała praca powodują przesunięcie kolejnych etapów. Z doświadczenia wynika, że osoby, które po ukończeniu studiów magisterskich najpierw zdobywają doświadczenie zawodowe, zazwyczaj wracają do studiów doktoranckich w wieku od 26 do 30 lat, nie ponosząc przy tym żadnych znaczących strat.
kazda przerwa w nauce to strata,
w przeciwnym razie mozg sie rozleniwia albo glupieje