Czy chcemy mieć w Polsce doktorantów?

Przyznanie doktoratów honoris causa Uniwersytetu Ruprechta i Karola w Heidelbergu w kościele Ducha Świętego. H Kley, 1886, za Wikimedia Commons, domena publiczna

Oburzył mnie tekst Jana Hartmana “Doktorancka niedola” w ostatniej “Polityce”.

Kontynuując serię komentarzy ad Hartmanum, muszę wyrazić absolutną niezgodę z tekstem tego krakowskiego filozofa, napisanym z kolei w odpowiedzi na artykuł Żukowskiego i Stępień w Science pt. „Polska to nie jest kraj dla doktorantów”.

Nie oburza mnie zdanie o niskiej jakości przeciętnego doktoratu. Z tym się akurat zgadzam. Długo by można o przyczynach dyskutować, upatrywać ich czy to w słabym przygotowaniu doktorantów, czy to w nawale obowiązków, czy też wpychaniu w formę książki badań z dziedzin, w których się po prostu książek nie pisze… Ale nie będę tego rozwijał, nie po to zabieram tu głos, żeby się z kimś zgadzać.

Sprzeciwiam się krytyce doktorantów en masse. Pisaniu, że im się za wykonywaną pracę pieniądze nie należą, bo są w zasadzie kolejnymi studentami, a pracę swą wykonują beznadziejnie. Ocenom typu “nieudolne terminowanie w zawodzie nauczyciela kosztem studentów”.

Tak, spora część doktorantów istotnie prowadzi zajęcia beznadziejnie. Tylko że czyni tak i spora część pracowników uczelni, i badawczo-dydaktycznych, i dydaktycznych, i tych z doktoratem, i z habilitacją, a nawet niekiedy i uświęconych dotknięciem prezydenckiej ręki profesorów. Dowodów nie trzeba, kto studiował, ten pamięta. Jakość zajęć nigdy nie była priorytetem Uniwersytetu, po pierwsze tworzącego Naukę, a dopiero potem tą Naukę przekazującego innym.

Niemniej spora część doktorantów (podobnie jak doktorów czy profesorów) świetnie prowadzi zajęcia, a niektórzy dzięki mniejszej różnicy wieku potrafią lepiej porozumieć się ze studentami. W mojej prywatnej opinii mój kolega doktorant nie tylko prowadzi zajęcia lepiej ode mnie (miejmy nadzieję, że moi szefowie tego nie czytają), ale należy do najlepszych wykładowców w całej katedrze, a może i na wydziale. Ilustruje wykładany materiał poruszającymi historiami z własnego doświadczenia, moduluje głos. Powinni go w telewizji pokazywać. Nazwiska nie podam, bo się jeszcze chłopak rozzuchwali (a tego nie tylko by profesor Hartman nie przeżył, ale i ja bym wolał uniknąć).

Stanowisko krakowskiego filozofa kojarzy mi się trochę z wieżą z kości słoniowej. Filozofom zapatrzonym od czasów Platona w trójjednię prawdy, dobra i piękna można je pewnie wybaczyć. Moje jako człowieka zajmującego się rzeczywistymi (nawet jeśli zwykle nieprawidłowymi) ludzkimi zachowaniami i fenomenalnymi psychicznymi z definicji musi być nieco inne.

Tekst wybitnego profesora krytykuję jako prosty doktor. To jest moim zdaniem istotne, bo doktoranci bądź potencjalni doktoranci nie skrytykują go wcale. Zwłaszcza ci drudzy po prostu wzruszą ramionami i znajdą sobie inną pracę – a może raczej pracę w ogóle. Pracę, czyli miejsce, gdzie za włożony wysiłek dostaje się pozwalające przeżyć pieniądze, a nie tylko goni za nieśmiertelnym, ale wymykającym się ludzkiemu poznaniu światem idei.

Pytałem ostatnio świetną kandydatkę na doktorantkę, czy może planuje zrobić doktorat. Lat około trzydziestu, wybijająca się w swojej obecnej pracy, niezwykle szybko się uczy, świetna merytorycznie, zaradna, pracowita (a nawet umie zrobić szpagat). Odpowiedź brzmiała: nikt mi doktoratu nie zaproponował.

Oczywiście możemy dalej siedzieć i upajać się wielkością Akademii, licząc, że podobnie upojeni kandydaci będą do niej walić drzwiami i oknami, ale młodsze pokolenia takie nie są. Nie ma w nich tłumów gotowych poświęcić życia dla mądrości. W Uniwersytecie od lat część etatów jest nieobsadzana. Niekiedy w ogóle rezygnuje się z konkursów na niektóre stanowiska, przyjmuje się pracownika, gdy w końcu zgłosi się jakiś chętny. Albo dopiero wtedy rozpisuje konkurs.

Przetłumaczmy oczekiwania z tekstu Hartmana na zwyczajne życie. Oto człowiek po ukończeniu studiów magisterskich podejmie kolejne studia trzeciego stopnia. Będzie prowadził zajęcia ze studentami i badania naukowe za półdarmo (przez pierwsze lata za stypendium znacznie poniżej średniej krajowej). Z czego jednak będzie żył? Doktorat trwa 4 lata, zaczyna się go nieraz w wieku 23 lat, a nieraz dekadę później. Kto będzie utrzymywał doktoryzującego się trzydziestolatka? Partner, rodzice, Caritas?

Podobnie wyglądała kiedyś sytuacja lekarzy po studiach. Przez lata zaczynali pracę od wolontariatu, dorabiając po nocach. Po kilku-kilkunastu miesiącach harówki w większości za darmo i pracy po 60-80 godzin w tygodniu dostawali etat. Jednak młodsze, obeznane ze światem, znające języki obce pokolenia nie zadowalały się obietnicą pensji za pół roku. Zamiast tego wyjeżdżały do krajów, gdzie za pracę otrzymywało się zapłatę. Od razu. Rząd rozwiązał sytuację radykalnie, kiedy doszło do niego, że albo umożliwi im zrobienie specjalizacji w Polsce, albo oni wyjadą i już nie wrócą. Zapłaci im za pracę albo nie będzie specjalistów. Stąd się wzięły rezydentury.

Z zajmowania się nauką w Polsce obecnie trudno przeżyć. Na uczelniach medycznych praktycznie wszyscy od profesorów po doktorantów mają inne (zazwyczaj kilkukrotnie lepiej płatne) prace. Z czego żyją matematycy czy humaniści, nie mam pojęcia.

Przypomnijmy sobie hierarchię potrzeb Maslowa. Człowiek musi się najeść napić i wyspać, nawiązać relacje i rozwinąć poczucie bezpieczeństwa, najlepiej także finansowego. Dopiero wtedy możemy myśleć o wielkich ideach.

Ciekawe, czy jakość prowadzonych zajęć i poziom doktoratów by nie wzrosła, gdyby tak pojawili się w większej liczbie doktoranci zajmujący się głównie doktoratem, a nie inną pracą, co dzisiaj stanowi ewenement.

Nie ma znaczenia, jak wedle czy innego naukowca być powinno. Liczy się rzeczywistość, taka, jaka ona jest. Jeśli nie zapewnimy doktorantom dobrych warunków, nie mamy co liczyć na dobrych doktorantów. Wartościowi ludzie wybiorą inne ścieżki kariery. Zaoferują uczelni, że owszem, mogą poprowadzić jakieś badania i pouczyć studentów – kiedy akurat będą mieli chwilę wolnego w innej pracy.

Marcin Nowak

Reklama