Według Biblii
Spora część łamigłówek została w ciągu minionych 20-30 lat „zamordowana” programowaniem, a kolejne są dziś „dobijane” sztuczną inteligencją. Pamiętam jak w latach 90. na jakiejś imprezie szaradziarskiej pojawił się programista oferujący za słoną opłatą programy do rozwiązywania i układania krzyżówek, kryptarytmów, algebrafów i innych rodzajów zadań. Mniej więcej tak to się zaczęło, a dziś na większość tzw. rozrywek umysłowych czyhają odpowiednie programy-solvery. W ostatniej dekadzie ich ofiarą padło m. in. sudoku.
Oczywiście wspomniane „morderstwo” właściwie jest teoretyczne, bo korzystanie z rozwiązywaczy nie wyklucza pracy szarych komórek. Stanowi tylko propozycję i pokusę skorzystania ze wsparcia w sytuacji krytycznej, gdy głowa nie daje rady. A poza tym nie zawsze takie wsparcie jest możliwe (np. na turnieju zadaniowym lub na… maturze).
Prawdopodobnie najbardziej spektakularna „zagłada” dotyczy kryptarytmów, a ściślej ich eleganckiej odmiany zwanej alfametykami, czyli działaniami na słowach zastępujących liczby.
Ostatnio w jednym z odcinków powtarzanego do imentu serialu „ŚwK” (?) usłyszałem biblijną przepowiednię „Mane, tekel, fares”. Wydało mi się to idealnym surowcem na alfametyk w formie dodawania:

Istotnie, to z jednej strony ideał, bo ma 10 różnych liter, ale z drugiej niestety kiepski okaz, bo benedyktyński i obfitujący w rozwiązania (27).
A zadanie (dla „wybrańców”, bo niełatwe) polega na wskazaniu podpowiedzi: którą cyfrę i której literze odpowiadającą należałoby ujawnić, aby alfametyk miał jedno rozwiązanie oraz by można było do niego dotrzeć w miarę łatwo na logikę z minimalnym udziałem metody prób i błędów.
Na wszelki wypadek przypominam, że w alfametykach chodzi o zastąpienie słów liczbami (liter – cyframi) tak, aby dodawanie było poprawne. Takim samym literom powinny odpowiadać jednakowe cyfry, a różnym – różne.