I po dziwności
To trochę jak z dziwnością Stranger Things. Da się ją podtrzymać przez jeden, może nawet niecały sezon. Później wchodzi monetyzacja, estetyka starych filmów z kaset VHS staje się wszechobecna, a na koniec dostajemy The Boroughs, czyli senioralne ST w domu opieki. I dziwność w ogóle znika, bo cokolwiek dziwnego działoby się na ekranie, jest przecież elementem dobrze utrwalonej konwencji. Duet Boards Of Canada zrobił coś więcej niż zapoczątkowanie nowego nurtu: pomógł stworzyć nową estetykę. Psychodeliczną, ale zanurzoną w przeszłości, bardziej nawiedzoną przez jej duchy niż wprost odnoszącą się do historycznych tematów i motywów. Szkoci wyprzedzili tym samym nurt hauntologiczny, inspirowali takie zjawiska jak wytwórnia Ghost Box czy przemiana brzmieniowa Radiohead na przełomie wieków. Dziś na Inferno sami wracają do własnej historii – po dłuższej przerwie, a wcześniej dwóch płytach, na których próbowali trochę mocniej swoje brzmienie zmieniać, przynoszą kompilację najważniejszych ścieżek wydeptywanych w pierwszych latach działalności. Płyta ma fantastyczne momenty, jest trochę unowocześniona na poziomie samego dźwięku (odrabia lekcje następców BOC, takich jak choćby Oneohtrix Point Never), częściej niż poprzednio sięga po materiał wokalny (najmocniej w Age of Capricorn) i częściej go przetwarza. W całości uderza jednak eksploatacja całej tej estetyki: tak jak tam znika dziwność, tak tu nieco osłabła cała otoczka tajemnicy. Częściej więc poczuć można irytację próbami wykrzesania jej za pomocą zabiegów szytych grubszymi nićmi – jak w rytualnej Narace, sięgającej wprost po orientalizm. Może to jakaś droga, by wychodzić z tą senną, transową formułą poza krąg anglosaskiej kultury ery podboju kosmosu i starej telewizji. Ale żeby z aż tak czytelną intencją?
Materiał na Inferno powstawał długo i nie jest jednorodny. Podobnie mój odbiór płyty – sam uległem zachwytowi pierwszymi strzępkami muzyki, prezentowanymi zresztą w sposób nieźle potęgujący wyczekiwanie na całość. Na mój nie do końca entuzjastyczny odbiór wpływ może mieć to, jak wiele czasu spędziłem ostatnio, słuchając nowej płyty Paula McCartneya The Boys of Dungeon Lane. Brzmieniowo nie wytrzymuje ona rzecz jasna porównania z finezją BOC, szczególnie za sprawą produkcji Andrew Watta, artysty, który sam nie wnosi do muzyki jakiegoś charakterystycznego własnego świata dźwiękowego i przesadza z głośnością miksu. Tu jednak wygrywa warsztat piosenkowy Beatlesa: zaskakująco słucha się tak zgrabnie wymyślonych aranżacji jak w As You Lie There, ze wzruszeniem odbiera się uniwersalną melodię Momma Gets By, z uznaniem słucha się artysty wykorzystującego doświadczenia własnych naśladowców, jak w Down South wykonanym tak blisko Toma Petty’ego, że ze wstrząsem uświadomiłem sobie, że sam Petty miał piosenkę o tym samym tytule.
To zupełnie inny rodzaj grania na przeszłości, ale tak samo uprawniony. Pozbawiony dziwności i tajemnicy, bardziej otwarty w nostalgicznych intencjach, ogrywający wciąż podobne wątki z przeszłości autora – The Boys… zgodnie z tytułem skupione jest na młodzieńczych latach i gra topografią ówczesnego Liverpoolu – ale nie mnie efektowny w żonglowaniu tym, co z dyskografii artysty już znamy. Nie obraziłbym się na trochę więcej McCartneya w Boards Of Canada, ani odwrotnie, wzruszyłem się trochę przy obu płytach, ale przy okazji stęskniłem się też za jakąś solidną teraźniejszością.
BOARDS OF CANADA Inferno, Warp 2026
PREMIERY PŁYTOWE TYGODNIA
29.05 King Ayisoba Pure Confusion, Mais Um
29.05 Simon Steensland Explosion of Bad Music
29.05 Wojciech Baranowski Waniliowy
29.05 Wojtek Mazolewski, Marcin Dorociński Witkacy. Kompozycje astronomiczne, WMQ
Komentarze
Boards of Canada zyskuje z każdym przesłuchaniem. Na początku wszystko zlało mi się w jedną masę, ale z każdym kolejnym odsłuchem było lepiej.
Świetna płyta!
Na początek zacznę od czepialstwa, tym bardziej że jako osoba która w swoim życiu przesłuchała kilkadziesiąt tys. rzeczy ma już nie tę cierpliwość i kondycję. Płyta jest trochę za długa. Choć ta wada, dla innych może stanowić zaletę. Poza tym jest naprawdę super! Przypomina legendarne Music Has the Right To Children w współczesnej wersji turbo. Dźwiękowo pod względem jakości również olbrzymi postęp w stosunku to protoplasty. Ewentualny w przyszłości remastering będzie zbyteczny.
ps. na koniec ciekawostka bardziej szokująca niż zestawienie przez autora w jednym artykule BOC z … McCartneyem 😉 A mianowicie administracja Trumpa w swoim materiale zamieszczonym w mediach społecznościowych w sposób nieuprawniony (to akurat nie dziwi) wykorzystała muzyczny podkład zespołu do siania swojej propagandy.
https://www.bbc.com/news/articles/c202dvdj73lo
https://www.pastemagazine.com/music/boards-of-canada/boards-of-canada-denounce-white-house-use-of-their-music-for-propaganda
Co za czasy – słucham w sieci nowej płyty Paula McCartneya pierwszej nagranej po 80ce, będacej udanym elementem szerszej ofensywy 80latków (Biden, Trump etc) w świecie. Do tego własnie upływ czasu zachęcił do zapoznania się z nowa propozycją Beatlesa. Ta nie zawodzi brzmieniowo i tekstowo; Last night I dreamed of you/and saw what we could do. Nie słuchałem praktycznie (czyli teoretycznie) jego wczesniejszych solowych plyt, tym większe zaciekawienie.
Czytelnicy NYTimes wybrali najlepszych zyjacych songwriterów amerykanskich: B.Dylan, P.Simon, B.Springsteen, C.King i na piatym miejscu pominiety w ogole przez specjalistow B. Joel. Szósty S. Wonder i siódma T. Swift.
Kendrick Lamar wiodącym raperem na liście.
Vox populi na wysokim 9. miejscu kazał umieścić pominietego na liscie krytyki muzycznej Jamesa Taylora
https://www.youtube.com/watch?v=zKIExftL-EU&list=RDzKIExftL-EU&start_radio=1
W 1963 roku liverpoolski zespół Gerry and the Pacemakers (będący wtedy obok The Beatles jedną z najważniejszych grup fali Merseybeat) nagrał własną wersję amerykańskiego utworu You’ll Never Walk Alone. Nagranie stało się gigantycznym hitem i dotarło do 1. miejsca brytyjskiej listy przebojów. W tamtych czasach na stadionie FC Liverpool przed meczami puszczano z głośników aktualną pierwszą dziesiątkę hitów. Kibice zaczęli śpiewać piosenkę liverpoolskiego zespołu (znanego takze z lokalnego megasongu Ferry Crossed the Mersey – rzeka w Liverpoolu). Kiedy utwór wypadł z Top 10, kibice… nie przestali go śpiewać. Tak narodził się najsłynniejszy hymn piłkarski na świecie, a The Beatles maja za sprawą wspomnianych 2 songów sławniejszych do dziś w miescie (niz nawet SFields i Penny Lane ulica na której byłem a jakze) konkurencję w sercach Liverpudlians
https://www.youtube.com/watch?v=S-rB0pHI9fU&list=RDS-rB0pHI9fU&start_radio=1
Jest rok 2005 i Liverpool przegrywa do przerwy 0;3 w finale LMistrzów gdy w przerwie meczu z trybun zajmowanych przez Liverpoolczyków rozlega się…
https://www.youtube.com/watch?v=GLD7Gk3rERg
Maja keeps the spirit of jazda alive oraz… Poland Garros – smaczki w artykule New York Times