Moja krwawa capoeira
Czuję się z tym trochę jak rzecznik spraw beznadziejnych i przegranych, ale podobają się ostatnio płyty z masowym potencjałem, które nie zdobywają masowej sławy. Z uporem maniaka polecam na przykład francuski (choć zarazem polinezyjski) zespół 15 15 (Quinze Quinze), który mógłby być setną nazwą że świata współczesnego popu z pogranicza trapu i R&B, ale odpływa w dziwne, endemiczne rejony za sprawą mieszanki języków (francuski, tahitański, angielski) i kultur (z jednej strony elektroniczna produkcja, z drugiej perkusyjne brzmienia z Pacyfiku i ślady egzotycznego nurtu zouk). Płyty Marara wysłuchałem już wielokrotnie, bez wrażenia utraty świeżości. Podobne wrażenie – choć zupełnie inną stylistyką – przynosi album No Ritmo da Terra, druga płyta Luy Viany, twórczyni z Sao Paulo działającej pod szyldem Antropoceno.
Cała ekologiczna otoczka, którą wróży już nazwa projektu, jest tu równie ważna co odwołania do afrobrazylijskiej duchowości religijnych nurtów umbanda i candomblé, odwołania do literatury Ailtona Krenaka – niestety, według mojej wiedzy nietłumaczonej na polski (jeden z utworów, Futuro Ancestral, to tytuł jego książki, krytyki kapitalizmu rozbijającego rdzenne ludy) – czy manifest samej Luy, przypominający trochę dawne wezwania tropicalistów. Do tego mamy też trzy różne języki: portugalski, yoruba i tupi. Nie trzeba jednak, jak to bywa z muzyką, doktoratu z kulturoznawstwa, żeby się tym cieszyć. Bo to, co robi Lua, to przede wszystkim nadpisywanie na nagraniach terenowych z lasów tropikalnych oraz rodzimej tradycji (przede wszystkim samby) pomysłów rodem z shoegaze’u, nawet black metalu (tu głównie chodzi o ekspresję partii wokalnych). Malowana warstwami muzyka, niezwykle złożona w warstwie rytmicznej, zarazem nie traci ostrości i precyzji. Jak ten okładkowy obrazek z jaguarem pożerającym biznesmena.
W Antropoceno (już przeze mnie opisywanym – pierwsza płyta znalazła się wśród 50 najlepszych za poprzedni rok) coś się wydaje brzmieć nie tak. Może chodzi o to, że produkcja jest spłaszczona dynamicznie, że brakuje potężnego basowego podbicia, że gitary rozmywają się zamiast atakować (jak u My Bloody Valentine), a całość wydaje się aż za gęsta od groove’u? Ale to wszystko działa na korzyść. Zostajemy po wysłuchaniu tej płyty z pamięcią czegoś, co było niestandardowe, bo niosło całą energię ciężkiej muzyki, nie przynosząc jej brutalności. No i przede wszystkim inne od wszystkiego, co się robi, natychmiast rozpoznawalne. A to ostatnie w czasach AI zasysającej i uśredniającej muzykę liczy się coraz bardziej. Sprawa Antropoceno jest może przegrana i beznadziejna, ale czy aby w większym stopniu niż cały nasz świat?
ANTROPOCENO No Ritmo da Terra, Longinus 2026
Komentarze
Właśnie przesłuchałem i tego, że Kim Gordon nagra hiphopowy album się nie spodziewałem.