Kamil Stoch odchodzi, Stefan Horngacher wraca?

Najlepszy w historii polski skoczek narciarski właśnie wylądował ostatni raz. Zdarzenie miało miejsce w słoweńskiej Planicy, w której tradycyjnie odbywa się kończące sezon wielkie wydarzenie sportowo-towarzyskie.

Czekaliśmy na ten moment cały sezon. Powiedzenie, że 38-letniemu Stochowi i jego kolegom szło jak po grudzie, jest eufemizmem. Oczywiście wyjątkiem jest tu wszystko to, co osiągnął nastoletni Kacper Tomasiak – i nie chodzi wyłącznie o zakończone trzema medalami igrzyska we Włoszech. Na innych skoczniach tylko na tego debiutanta w wielkim sportowym świecie patrzyło się bez obaw o kompromitację, czyli niezakwalifikowanie się do finałowej rundy konkursu.

Właśnie dowiedzieliśmy się, że bohaterowi hucznego pożegnania po ponad 20 latach startów w Pucharze Świata ledwie starczyło sił, żeby dobrnąć do Planicy. Za wszelką cenę chciał wykonać plan, który założył sobie przed rokiem. Miał własny sztab, w którym byli ludzie kojarzeni z niegdysiejszymi osiągnięciami. Na pewno nie odpuścił żadnego szczegółu w przygotowaniach. Nie na darmo przez całą karierę pracował na miano stuprocentowego zawodowca. Wszystko na nic. Nie dało się bowiem uporać z psychiką, o czym nasz bohater mówi teraz otwarcie.

Co najmniej od Turnieju Czterech Skoczni zastanawiałem się, czemu ten wielki sportowiec naraża się na, co tu dużo mówić, upokorzenia. Były co prawda jakieś przebłyski lepszej dyspozycji, ale gasły jeszcze szybciej, niż się pojawiały. Przecież Kamil Stoch mógł i tak objechać wszystkie tak dobrze znane mu miejsca swojej chwały. Wszędzie byłby fetowany, bo zasługiwał na to jak mało kto. Nawet niezłe skoki niczego by nie zmieniły w podejściu rywali i publiczności. Mistrz wybrał inną drogę i… przegrał. W niczym to jednak nie umniejsza ogromnych zasług.

Przez lata kibice dzielili się na tych, którzy za największą postać polskich skoków uważali Adama Małysza, i tych, którzy numer jeden przyznawali Kamilowi Stochowi. Dzisiaj też można się zastanawiać, który odegrał ważniejszą rolę w rozwoju tego sportu w naszym kraju, ale gdy porówna się to, co jest wymierne, to odpowiedź nie nastręcza trudności. Trzykrotny mistrz olimpijski ustępuje tylko w tej statystyce Robertowi Korzeniowskiemu (cztery), a po tyle samo tytułów sięgnęły jeszcze Irena Szewińska i Anita Włodarczyk. Wygrywał właściwie wszędzie, w tym dwukrotnie w Turnieju Czterech Skoczni. Ma także dwie Kryształowe Kule w Pucharze Świata. Nie zabrakło zwycięstw w mistrzostwach świata: indywidualnie i z drużyną.

Do niedawna byłem przekonany, że po odłożeniu nart Kamil Stoch będzie kandydatem do wszelkich możliwych funkcji w Polskim Związku Narciarskim i międzynarodowych strukturach. Wie o tym sporcie wszystko. Ale teraz potrzebny mu jest chyba czas na nabranie dystansu do dotychczasowej życiowej drogi. W każdym razie za wszystko, co zrobił, i styl, w jakim tego dokonał, należą mu się wielkie podziękowania.

Jedni odchodzą, a inni wracają. Właśnie gruchnęła wiadomość, że po wypełnieniu kontraktu z niemiecką federacją do Polski może wrócić Stefan Horngacher, z którym związane są lata chwały polskich skoków narciarskich. Austriak nie jest cudotwórcą, bo nawet on nie potrafił sprawić, żeby po dziesięcioleciach niemiecki sportowiec okazał się najlepszy w Turnieju Czterech Skoczni, tak ważnym dla sąsiadów zza Odry. Nikt jednak nie odmówi mu zasług i fachowości, a także umiejętności dotarcia do najbardziej opornych podopiecznych (Piotr Żyła). Prezes Adam Małysz nie zdradził, kim będzie w strukturach PZN, ale na pewno sprawi, że będziemy patrzyli z nadzieją na dalekie skoki nie tylko Kacpra Tomasiaka.

Reklama