Gamzou się przedstawia

Nietypowy był dzisiejszy koncert w Operze Narodowej – nie w charakterze noworocznych imprez, nie występ gościnny, lecz w wykonaniu miejscowej orkiestry pod dyrekcją Yoela Gamzou, który, jak krążą słuchy, być może wejdzie w bliższy kontakt z naszym teatrem.

To zapewne jest przyczyna tego, że ukazały się ostatnio dwa wywiady z dyrygentem: w orfeo.com.pl i w „Rzeczpospolitej”. Wszystko to dzieje się poniekąd za sprawą Tomasza Koniecznego, który śpiewał pod jego dyrekcją w Salome w Wiener Staatsoper i zaprosił go na swój Baltic Opera Festival do poprowadzenia tej samej opery (choć w innej inscenizacji), gdzie Gamzou miał niełatwe zadanie stanąć przed orkiestrą, która na co dzień nie gra oper (Sinfonią Varsovią), i wybrnął z tego nieźle.

W wywiadach wypada sympatycznie, choć czasem mówi dziwne rzeczy, trochę groźnie jak dla mnie brzmiące (np. „W Niemczech przez dekady powstawało dużo złej muzyki współczesnej” – ciekawe, którą ma na myśli). Na estradzie prezentuje się jako dyrygent o ogromnym temperamencie, czasem szaleje z tempami, wydaje się efekciarski, ale w chwilę później potrafi być liryczny, Ciekawe, jakie są wrażenia ze współpracy naszej wybrednej orkiestry – dyrygent po skończonym programie robił, co mógł, by pokazać, że ją docenia, podchodząc do poszczególnych muzyków (nie dziwi, że pierwszy był oboista Sebastian Aleksandrowicz, który miał kilka pięknych solówek), krążąc między poszczególnymi grupami instrumentów i podnosząc je osobno. Nie wiem, co to dziś była za publiczność, bo klaskała między Czterema ostatnimi pieśniami Richarda Straussa i między wszystkimi numerami Romea i Julii Prokofiewa, więc raczej niespecjalnie wyrobiona (tym bardziej szkoda, że podczas pieśni Straussa nie wyświetlano tłumaczeń tej wspaniałej poezji), ale stojak muzykom zafundowała – najważniejsze, że była usatysfakcjonowana.

A jak było? Różnie. Trochę bałaganu w Leonorze III, chciałoby się też więcej finezji w Straussie, zwłaszcza w niesamowitej ostatniej pieśni, przy której zawsze mi lecą ciarki. Ale solistka Julia Kleiter była znakomita – piękny, jasny głos, niezwykle kulturalne śpiewanie, przynajmniej ja miałam takie wrażenie, bo znajoma, która słuchała jej z balkonu, stwierdziła, że orkiestra ją przykrywała, a głos nie niósł. Cóż, rzeczywiście wolumen ma może niewielki jak na to wnętrze, ja w swoim XIV rzędzie wszystko słyszałam, ale każda sala ma swoje lepsze i gorsze rewiry.

Orkiestra całkowicie się zrehabilitowała w drugiej części, w wybranych częściach suit z Romea i Julii. W sumie to muzyka, którą z tego zestawu najlepiej zna, bo to przecież balet, który teatr miał w repertuarze – choć dawno go nie grał z wiadomych powodów. Tak więc po Filharmonii Narodowej również Opera Narodowa wraca do muzyki rosyjskiej. Z jednej strony faktycznie, co sama muzyka winna (nawiasem mówiąc Prokofiew urodził się w Sonciwce w obwodzie donieckim). Z drugiej – wciąż jest tu wielu uciekinierów z Ukrainy, a przecież bojkot był wprowadzony ze względu na nich. Postawa Rosji się nie zmieniła, wciąż jest krwawym agresorem, a swojej sztuki używa jako propagandy. Mam więc mieszane uczucia, choć jestem do tej muzyki przywiązana.

Reklama