Jeszcze Chopin
Pora już kończyć tę Najdłuższą Labę Nowoczesnej Europy. A w końcówce minionego roku dostałam paczkę od NIFC, więc opis jej (częściowej) zawartości będzie jeszcze spojrzeniem w przeszłość.
I to nie tę sprzed paru miesięcy, ale o wiele dawniejszą. Przyszło bowiem kilka płyt z serii błękitnej, czyli konkursowej, tym razem poświęconych dawnym konkursowym bohaterom. Ciekawie jest przypomnieć sobie po latach – jeśli oczywiście ktoś to pamięta – albo zapoznać się z legendami, jeśli nie zapoznał się wcześniej.
Lidia Grychtołówna wzięła udział w 5. Konkursie Chopinowskim w 1955 r. – pierwszym w nowym gmachu Filharmonii Narodowej. Wygrał wówczas Adam Harasiewicz, II nagrodę otrzymał Vladimir Ashkenazy, kolejne Fou Ts’ong, Bernard Ringeissen, Naum Sztarkman i Dmitrij Papierno. Siódma (na tym konkursie nagród było dziesięć) przypadła właśnie Grychtołównie (ósmą dostał Andrzej Czajkowski). Artystka, która na ostatnim konkursie była honorową członkinią jury (a zwyczajną była nieprzerwanie w latach 1980-2005), w ostatnich latach zasłynęła pandemicznymi recitalami domowymi, a potem publicznymi jako najstarsza w Polsce. Do konkursu przystępowała mając lat 27. Kiedy słucha się tych nagrań, można zrozumieć zarówno dlaczego nie znalazła się w pierwszej szóstce, ale też dlaczego Arturo Benedetti-Michelangeli chciał, by była sklasyfikowana wyżej, a w rekompensacie zaprosił ją na kursy mistrzowskie. Co do pierwszego, trochę za dużo było tam sąsiadów; pianistka wyznała też po latach, że nie mogła grać takiego programu, jaki sobie wymarzyła, tylko ten wyznaczony przez profesora, co też zapewne miało wpływ na grę. Ale co do drugiego, może nie są to wykonania idealne, jednak słychać mocną i interesującą osobowość, zwłaszcza w bojowym Polonezie-Fantazji. Artystka też później podchodziła krytycznie do panującej wówczas mody, której sama się poddała: na wykonania rzeczowe, odarte z romantyzmu, który utożsamiano z sentymentalizmem. Ale ten romantyzm jednak i tu słychać, choć fakt, że mniej.
Uosobieniem tej postawy był zwycięzca kolejnego konkursu – Maurizio Pollini. Słuchanie tego dwupłytowego albumu niesamowicie wciąga. Bo właśnie ta rzeczowość jest tu fascynująca, ale też zauważenie, że mimo niej wykonania wcale nie są pozbawione emocji. Tego konkursu słuchałam już jako dziecko i pamiętałam zwłaszcza preludia w jego wykonaniu. Wszystko jest tu absolutnie nieskazitelne i można zrozumieć, że pianista praktycznie nie miał konkurencji (publiczność pokochała jeszcze tylko Michela Blocka, który otrzymał wyróżnienie i specjalną nagrodę od Artura Rubinsteina). Pollini miał wówczas tylko 18 lat, ale był już absolutnie dojrzałym artystą, a ponadto wywodził się z artystycznej mediolańskiej rodziny, jego ojciec był architektem modernistycznym, a wuj awangardowym rzeźbiarzem, więc i Maurizio swoją estetyką w modernizm się wpisywał. Jednak szczególna jest jego Sonata b-moll – tu już emocje hulają na całego, wstrząsający jest zwłaszcza Marsz żałobny, choć „ogadywanie” wydaje się bezosobowe i chłodne, za to słychać dokładnie każdą nutkę mimo szybkiego tempa. Niesamowite. Po latach Pollini grał u nas… Schoenberga (ale do Chopina wracał i nagrywał kolejne płyty).
Dwa albumy pochodzą z konkursu z 1970 r., a więc pierwszego, na którym byłam obecna na sali (ale wówczas tylko parę razy) i pamiętam dobrze. 22-letnia Mitsuko Uchida otrzymała wówczas II nagrodę – nie ja jedna byłam tym zdumiona. Chyba dano jej to odczuć, bo jak inaczej tłumaczyć, że na wiele lat się „odszopeniła” i wymyśliła nową autokreację (zabrała się za wszystkie sonaty Mozarta), która okazała się strzałem w dziesiątkę, i przez wiele lat tu nie przyjeżdżała, a Chopina pomijała, robiąc karierę właśnie na Mozarcie oraz na innych romantykach. Po wysłuchaniu jej konkursowej produkcji z perspektywy nadal się zdumiewam tą tak wysoką jej klasyfikacją wówczas, gdy na konkursie było tylu wspaniałych pianistów, głównie z grupy amerykańskiej (np. obdarzony zaledwie wyróżnieniem Emanuel Ax czy wręcz niedopuszczony do finału Jeffrey Swann). Choć talent młodej pianistki już wtedy był widoczny.
Ale o wiele bardziej wzruszający jest drugi album z tego konkursu, poświęcony nagraniom Janusza Olejniczaka (VI nagroda). Tu słyszymy już powrót i całkowitą rehabilitację romantyzmu. Trochę może i jest sąsiadów w Nokturnie c-moll (za to jaka interesująca interpretacja) czy Balladzie F-dur, ale prześliczne są etiudy, Scherzo h-moll i porywająca Sonata b-moll (ten Marsz też wstrząsa, a finał to jeden wielki poryw wichury). Mazurki z op. 17 później grywał o wiele lepiej, ale w Polonezie As-dur już wtedy pokazał pazur (jest tam parę bardzo ciekawych „chwytów”), piękny jest też Koncert f-moll – wszystko to słyszeliśmy przez lata w różnych, ale zawsze pełnych zrozumienia jego interpretacjach, jednak kiedy tak słucham tych nagrań, myślę: co by było, gdyby go wówczas sklasyfikowano wyżej? Trudno powiedzieć. Wtedy podziwiało się, że „ustał” i w ogóle zdobył nagrodę pomimo swoich 18 lat i bezpośredniego zetknięcia – za sprawą alfabetu – z takim gigantem jak Ohlsson. Teraz wydaje mi się, że mógłby być wyżej.
22 lata, jak Uchida, miała przystępując do konkursu w 2000 r. nieodżałowana Mihaela Ursuleasa, która zgasła jak gwiazda zaledwie 11 lat później i stała się legendą. Pamiętam wrażenia konkursowe i oburzenie, gdy nie dopuszczono jej do finału. Po takiej Sonacie h-moll! Skandal. Jak się słucha jej na płycie, to własnym uszom się nie wierzy. Ponadto piękne utwory, które opowiadają historie – pogodna Ballada As-dur czy demoniczne Scherzo cis-moll – ale też będąca czystą kontemplacją Berceuse; Wielki Polonez z najlepszym, jaki znam, wręcz orkiestrowym wstępem, czy niezwykłe, nietypowo zagrane Mazurki z op. 59 (zwłaszcza środkowy). I te dziwne, ale fascynujące pomysły rytmiczne w Nokturnie c-moll i Scherzu cis-moll. Taki żal, że już jej na żywo nie usłyszymy, ale nagrania na szczęście pozostały.
Pięknych muzycznych wrażeń w Nowym Roku!
Komentarze
Przyjemnie, że PK wróciła 🙂 Ciekawe wspomnienia. Przeglądałam ostatnio po raz pierwszy winyle domowe warszawskie i tam też dużo konkursowych z różnych lat. W swoim domu rodzinnym miałam z konkursu tylko Pogorelića. Chyba tę płytę po prostu wypadało mieć:-)
Same wielkie nazwiska. Ale Bruce Liu i prawdopodobnie Eric Lu również pokazują, że ten konkurs cały czas wyznacza światowe osobowości muzyczne.
Ale chciałam jeszcze o czymś innym. W tym roku po raz pierwszy również słuchałam z pełnym zaangażowaniem Koncertu Wiedeńskiego noworocznego. W pierwszym odruchu nie ze względu na Yannick Nézet-Séguina, tylko, żeby w takim wydarzeniu „uczestniczyć”.
Ale osobowość dyrygenta tak pociągnęła za soba orkiestrę i publiczność, że bardzo to radowało ucho. W szampańskim nastroju był również redaktor Majchrowski i parę jego komentarzy wywołało uśmiech, a zwłaszcza próba opisu ubioru dyrygenta. Tak się zasugerowałam, że potem przez pół dnia się upierałam, że nie ma w internecie zdjęć z koncertu, szukając „kobaltowej marynarki, która okazała się być frakiem i broszki w stylu amerykańskim”.
Kobalt to bajeczny kolor. Współczesna wersja lapis lazuli. I tak mnie to rozbawiło, że redaktor Majchrowski, który jest wybitnym historykiem muzyki i redaktorem naprawdę się tu pomylił, bo frak był granatowo-czarny.
A Yannic to inna historia. Co to się z tym konserwatywnym Wiedniem porobiło, z tą Orkiestrą…:-) To jest też tak zabawne i takie podnoszące na duchu, zwłaszcza, gdy się wie, że to muzycy sami wybierają.
Wiadomo, że Wiedeńczycy są wybitną orkiestrą, ale, gdy posłuchałam tej jesieni w Wiedniu koncertu kameralnego ich studentów ze szkoły, która istnieje przy Orkiestrze dopiero od 12 lat, to uwierzyłam naprawdę szczerze, że to wyjątkowe miejsce, w którym muzycy nawet jeżeli aspirują dopiero do muzycznych scen, to grają iście anielsko.
Zresztą szampański nastrój redaktora Majchrowskiego trwa, co co rano wywołuje mój uśmiech, bo cały czas Strauss i te galopy w Kanonie:-) Jakie to jest fajne określenie utworu muzycznego- galop:-))) Ciekawa etymologia tego słowa, ale francuskie najatrakcyjniejsze.
Nie wiem, czy tak jest co roku, bo może to taka tradycja w Dwójce, że przywołuje się utwory z koncertu noworocznego w następnych dniach, których zazwyczaj się jednak nie gra.
Ja właśnie w tym roku, tak się składa, w ogóle nie słuchałam koncertu noworocznego, mimo że Yannicka lubię, ma świetną energię. Ale zobaczyłam, że wisi na TVP VOD, i sprawdziłam – rzeczywiście frak granatowy, nic wspólnego z kobaltem 🙂