Koncert włosko-węgierski
Mamy od początku roku szczęście do młodych, żwawych, już odnoszących sukcesy dyrygentów. Tym razem Filharmonię Narodową odwiedził Paolo Bortolameolli.
Przedstawia się sam jako dyrygent chilijsko-włoski; dokładnie rzecz biorąc jest Chilijczykiem o włoskich korzeniach. W ostatnich latach zadebiutował z kilkoma czołowymi orkiestrami, w tym filharmoniami Nowojorską, Filadelfijską, San Francisco itp. ale także europejskimi. Dyryguje nie tylko muzyką symfoniczną, ale też operową, i to też nie byle gdzie: prowadził Toskę w Operze Paryskiej, Madamę Butterfly w Liceu w Barcelonie, nie unika dzieł współczesnych, np. Osvaldo Golijova czy Meredith Monk. Teraz w swoim rodzinnym kraju stoi na czele zarówno opery, jak filharmonii. W 2020 r. poprowadził koncert NOSPR w Warszawie na festiwalu Łańcuch XVII – m.in. II Symfonię Lutosławskiego (niestety nie byłam na tym koncercie, bo wyjechałam do Norwegii), a dwa lata temu wrócił do tej orkiestry i poprowadził koncert w Katowicach. Dziś stanął przed orkiestrą Filharmonii Narodowej, z przyzwoitym skutkiem. Cieszy, że nasza orkiestra ma okazje, żeby się rozwijać współpracując z dobrymi fachowcami, i już to słychać.
Muzyka włoska rozpoczęła i zakończyła koncert. Na wstępie uwertura do Kopciuszka Rossiniego, której trochę zabrakło lekkości i dowcipu. Ale potem było już poważnie: Cantata profana Béli Bartóka. Jakaż to wspaniała muzyka! Czemu jest tak rzadko grywana? Może nie jest najłatwiejsza, ale w dobrym wykonaniu musi poruszać ta opowieść oparta na rumuńskiej baśni o synach myśliwego, którzy zamienili się w jelenie i nie chcieli już wracać do domu – aluzja do pragnienia wolności w czasach reżimu Horthy’ego (1930). Jak zwykle klasę pokazał chór FN, świetni też byli dwaj węgierscy soliści, tenor István Horváth i baryton Máté Herczeg. Musieli mieć niezły ubaw słuchając, jak chór wymawia po węgiersku (jeden z nich dość wymownie się uśmiechał), ale na szczęście można było śledzić tekst wydrukowany w programie, choć trochę trudno było się połapać – nie jest to łatwy język.
Po przerwie dwie części rzymskiego cyklu Ottorina Respighiego. Trochę mnie zatkało, że – jak podano w programie – Fontanny rzymskie były w FN ostatni raz wykonane w 1996 r., a Pinie rzymskie w 2014 r. (a Cantata profana Bartóka w 2004 r.). Przecież to po prostu hity, publiczności zawsze się podobają takie barwne pejzaże. Te utwory zresztą są odmienne od siebie, Fontanny jeszcze trochę mogą kojarzyć się z Rimskim-Korsakowem, u którego Respighi wziął kilka lekcji. Pinie (pamiętam z dzieciństwa naszą uciechę, kiedy ktoś w radiu zapowiedział ten utwór Opinie rzymskie, zapewne był to ktoś, kto nigdy pinii nie widział) już są krokiem w stronę impresjonizmu. Muzyka szeroka, z rozmachem, parę spektakularnych akcentów: odtworzonego autentycznego śpiewu słowika (to prawie pierwsza w historii muzyka konkretna) i wykorzystania przestrzeni przez umiejscowienie grupy blachy poza salą, grającej z zewnątrz przy otwartych drzwiach. Stojak oczywiście był. Kiedy wychodziłam z filharmonii, podsłuchałam rozmowę zachwyconych Respighim, którzy nie słyszeli o nim wcześniej. No właśnie…