Na Zamku i w FN

Tylko w ten weekend na Festiwalu Beethovenowskim mamy po dwa koncerty – kameralny na Zamku Królewskim i wieczorny symfoniczny.

Karol Szymanowski Quartet to zawsze gwarancja poziomu, choć sam zespół bardzo się zmieniał przez swoje trzy dekady istnienia. Z pierwszego składu uchował się tylko altowiolista Volodia Mykytka – pamiętam dobrze ten skład: Marek Dumicz i Grzegorz Kotow na skrzypcach, Marcin Sieniawski na wiolonczeli. Ten skład miał bardzo specyficzny sposób grania, każda fraza była jakby pod lupą, dopieszczana, wyrazista niesamowicie, i miało się wrażenie, że z tych fraz buduje się bardzo oryginalne spojrzenie nawet na bardzo znane utwory. Dziś to granie jest trochę inne, ale też są w zespole znakomici muzycy, z dawną zwyciężczynią Konkursu im. Wieniawskiego na czele, przy II skrzypcach zasiada Robert Kowalski, a od niedawna dołączył junior – Gustaw Bafeltowski, laureat ostatniego Konkursu im. Lutosławskiego.

Ładnie ułożony program: na początek Kwartet a-moll op. 13 Mendelssohna, ten, który jest niemal kolażem z fragmentów z późnego Beethovena plus komponenta własna (nie rozumiem zresztą, czemu określa się go tą tonacją, skoro zaczyna się i kończy w C-dur), po przerwie króciutki, zaledwie siedmiominutowy ostatni, IV Kwartet Pendereckiego, z którego muzycy bezpośrednio przeszli zgrabnie do Kwartetu C-dur op. 59 nr 3 Beethovena. Zdałam sobie sprawę w tym momencie, jak bardzo mi brakowało już Beethovenowskiej kameralistyki; w krakowskiej epoce festiwalu było tego więcej. Tego kwartetu też dawno nie słyszałam na żywo, a bardzo go lubię, ileż w nim przekomarzania się motywami, skrętów i zaskoczeń, a przy tym absolutnej logiki. Bis był wyrafinowany i piękny: w nawiązaniu do swojego patrona muzycy zagrali transkrypcję jednego z mazurków Szymanowskiego, dokonaną przez Myrosława Skoryka.

Ukraińską komponentę mieliśmy też na koncercie wieczornym: NOSPR-em dyrygował Kirill Karabits, a na początek programu zostało umieszczone prawykonanie Suite romantique ukraińskiego kompozytora Théodore’a Akimenki (wcześniej Fiodora Akimienki; wyemigrował do Francji w latach 20. zeszłego wieku), pierwszego nauczyciela Strawińskiego. Jego rękopisy utworów – wielu z nich nigdy jeszcze nie wykonano – znajdują się w paryskiej Bibliotece Narodowej. Muzyczka dość błaha, ale sympatyczna.

Cieszyłam się na pojawienie się Alexandra Lonquicha, choćby tylko jako jednego z trojga solistów w Koncercie potrójnym Beethovena, bo bardzo go lubię, ale niestety nie przyjechał. Za to zagrali ze sobą muzycy, którzy na co dzień stanowią Trio Gaspard: skrzypek Janian Ilias Kadesha, wiolonczelistka Vashti Hunter i pianista Nicholas Rimmer. Szczerze mówiąc trochę mnie rozczarowali, bo poza młodzieńczą energią zaprezentowali niestety w wielu miejscach nieprecyzyjną intonację. Ale sprawiali miłe wrażenie i wybrali świetny bis: ostatnią część Tria A-dur Hob. XV/18 Haydna, którą wszyscy tak zapędzają, że zwykle nie da się usłyszeć tu poloneza, którym ta część jest – a u nich się dało. Polonez po polonezie – tym z Beethovena – to był świetny pomysł.

Na koniec IV Symfonia „Romantyczna” Brucknera, ta z „sygnałami pociągów” według Gostka. Trochę się obawiałam, co z tym zrobi Karabits, którego dyrygenckie ADHD dobrze pamiętam sprzed parunastu lat. Ale teraz już jest bardziej stateczny, więc sprostał zadaniu, jednak ja wciąż nie mam kontaktu z tą muzyką: choćby mi się fragmenty podobały, np. tajemniczy początek finału, to nie łapię całości, słyszę wiele pustych przebiegów i strasznie mnie to męczy. Chyba pozostanę już taka upośledzona w tej materii.

Reklama