Monteverdi, Bach i inni
Dwa koncerty – z cyklu Grands concerts i Dormitio, i oba wspaniałe. Trudno je zresztą porównywać.
Nie darowałabym sobie, gdyby ominął mnie koncert Le Poème Harmonique. Był inny niż poprzednie – nie sprawiał wrażenia misterium, dopiero pod koniec – ale jak zawsze zorganizowany jak spektakl, ze staranną reżyserią świateł i grą przestrzenią. Bazylika oo. Karmelitów jest mniejsza od kościoła św. Katarzyny i także dlatego nie jest tam tak przeraźliwie zimno, a poza tym lepsza jest słyszalność w różnych punktach. Vincent Dumestre skomponował tym razem program włoski, wychodząc od najstarszego Monteverdiego przez Luigiego Rossiego, Francesca Cavalliego, najmłodszego Marca Marazzoliego, i do znanego hitu – Miserere Gregoria Allegriego. Uderzające były zwłaszcza dzieła „z recyklingu” – dotyczy to madrygałów Monteverdiego: z Si dolce è’l tormento powstało Si dolce è’l martire, a z Che se tu se’il cor mio powstał wykonany na bis O gloriose martyr. Uderzające dlatego, że zdecydowanie ziemska zmysłowość została zamieniona w żarliwość religijną; trzeba powiedzieć, że takiej śpiewaczce jak Violaine Le Chenadec nawet w takich wypadkach się wierzy. Wokalnie wszyscy byli wspaniali, instrumentalnie zresztą też, niesamowity był zwłaszcza kornecista, gdy wplatał swoje wirtuozowskie pasaże między linie wokalne.
Oczywiście przed muzykami stało siedem gromnic i tradycyjnie były kolejno gaszone podczas kolejnych zwrotek ostatniego utworu, jakim było wspomniane Miserere – aż na koniec zapadła ciemność. Ta wersja dzieła Allegriego miała nieco inny kształt niż ta najczęściej wykonywana, bardziej improwizacyjny, i tak sobie pomyślałam, że zapewne nawet Mozart niekoniecznie dałby radę zapisać ją z pamięci. Nastrój był niesamowity, a muzycy dali dwa bisy: poza wspomnianym Monteverdim przypomnieli ostatnią część Il terremoto Antonia Draghiego, oratorium, które wykonali tu w 2017 r.
Można było zostać z tym zachwytem, ale ja jeszcze przejechałam się na nocny koncert w ewangelickim kościele św. Marcina – ładne, niewielkie wnętrze, z przyzwoitą akustyką. Recital wiolonczelowy dał Martin Egidi, którego słuchałam na żywo po raz pierwszy i zachwyciłam się. Uwielbiam muzyków, którzy instynktownie wiedzą, po co jest każda nuta – jak w poniedziałek Amandine Beyer, a teraz on. Patrzył gdzieś w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, jakby był w swoim własnym świecie, a raczej w świecie granej przez siebie muzyki. Pomiędzy dwiema suitami Bacha, drugą (d-moll) i czwartą (Es-dur), wstawił jeszcze parę utworów: Capriccio nr 1 c-moll Josepha Marie Clément Dall’Abaco, Exercice nr 7 g-moll Jeana-Louisa Duporta, a także własne opracowanie słynnej Passacaglii Bibera (przetransponowanej do c-moll). Przed ostatnią suitą nieoczekiwanie powiedział kilka słów: że Bach bardzo rzadko używał tonacji Es-dur, że tylko w Pasji Mateuszowej jest pod koniec aria w tej tonacji i że był to dla niego symbol pośrednictwa między ziemią a niebem. Może i tak, może nie, ale sprawił, że tej suity słuchaliśmy trochę inaczej. Bardzo się cieszę, że dotarłam na ten koncert.
Rano w pociąg i do Gdańska – spotkam w tym pociągu mnóstwo znajomych, niektórzy jadą z Krakowa, niektórzy dołączą w Warszawie.