Pierwsze lamentacje
Ciemne Jutrznie i wypełniające je Lamentacje Jeremiasza – ten repertuar na Wielki Tydzień na tegorocznym Actus Humanus Resurrectio jest szeroko reprezentowany.
The Tallis Scholars to zespół-legenda, wywodzący się z dwóch konkurujących i skłóconych ze sobą uczelni brytyjskich – Oxford i Cambridge, a jeszcze większą legendą jest jego założyciel i nieustający szef przez 53 lata, Peter Phillips. Mieli już wielu następców i naśladowców, przetrwali też rozmaite teorie na temat wykonawstwa muzyki renesansu, będącej podstawą ich repertuaru – i śpiewają tak samo „po anielsku”, czysto i słodko, jak kiedyś, choć ten styl bywał nieraz podważany. Ale nikt nie może zaprzeczyć, że jest to muzykowanie bardzo urodziwe.
Phillips jest nie tylko wybitnym chórmistrzem, ale też muzykologiem, który wciąż poszerza repertuar Scholarsów. Missę pro defunctis Juana Esquivela de Barahony (ca 1560-ca 1624) odkrył dla zespołu w ciągu ostatniego roku i tak bardzo mu zależało, żeby ją wykonać w Gdańsku, że zmienił ustalony już program koncertu. I słusznie, bo to muzyka dużej urody. Po palestrinowsku spokojna i skupiona, pogodzona i łagodna. Widać, że to ulubiona nowość dyrygenta, bo także na bis uraczył nas ostatnią częścią tej mszy – In paradisum.
Program uzupełniły trzy Lamentacje Jeremiasza, każda z nich inna i z innego czasu, od najstarszej Dominique’a Phinota poprzez Katalończyka Bartomeu Càrceresa po Palestrinę. Najbardziej oryginalna była ta środkowa, miała też najbardziej elegijny charakter, podkreślany przez chromatyzmy. Lamentacja Palestriny na Wielką Sobotę była najbardziej wygładzona i „anielska” z nich. Muzycy powrócą do nas już za rok.
Po południu w Ratuszu Głównego Miasta recital klawesynowy z suitami Haendla dała Weronika Paine. Dopiero co chwaliłam tu po grudniowym występie zespół, którego była członkinią – trio Régence sonore, a tu okazało się, że właśnie po tym koncercie zespół się rozwiązał. To i tak był cud, że dawał radę się spotykać – każda z trzech instrumentalistek ma swoje intensywne muzyczne życie, a Weronika Paine wręcz mieszka za granicą – w Szwajcarii, gdzie wyszła za mąż, jest organistką i chórmistrzynią. Chyba w związku z tym rzadziej teraz gra na klawesynie – program, który wykonała, był może zbyt obszerny i ambitny, w miarę trwania koncertu słyszało się zmęczenie. A może to tylko był trudniejszy dzień, tak bywa.