Studia to nie szkoła

Jeden z budynków Uniwersytetu w Padwie, za Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Matury za nami i szczęśliwi absolwenci służyli papiery na wymarzone studia. Na niektóre kierunki zgłosiło się ponad czterdziestu kandydatów na miejsce. Prym wiodą m.in. aktorstwo i medycyna. Papiery składa rekordowo duży rocznik. Rekordowo wiele osób dozna szoku. Zwłaszcza ci, którzy się dostaną.

Jakiego szoku? Po ukończeniu szkoły podstawowej i liceum większość absolwentów składa papiery w przekonaniu, że idzie do kolejnej szkoły. Formalnie rzeczywiście udaje się do szkoły wyższej, realnie studia na uniwersytecie bądź politechnice mają ze szkołą mało wspólnego. I spora część studentów przekona się o tym boleśnie.

Wbrew pozorom, jak mogłoby się wydawać mieszkańcom wielkich miast, gdzie zwykle znajdują się uniwersytety, nie chodzi tylko o przyjezdnych z mniejszych miast i wsi, o wydumany podział na mieszkańców metropolii i prowincji. Jakieś znaczenie ma posiadanie w najbliższej rodzinie osób z wyższym kształceniem. Jednak po pierwsze dorośli zapominają bądź idealizują młode lata, pamiętając głównie to, co było dobre, a umniejszając problemy i niepowodzenia, także na studiach. Po drugie kto w wieku lat dziewiętnastu na poważnie bierze pod uwagę opinie czterdziestolatków? A potem pierwsi studenci rezygnują po około dwóch tygodniach.

Czemu więc uniwersytet realnie nie jest szkołą?

Szkoła to instytucja powstała w celu edukacji i wychowania (w tym socjalizacji) dzieci i młodzieży. Jest to główna i w zasadzie jedyna jej funkcja. Pozostaje pod kontrolą podległego ministerstwu oświaty kuratorium, którego szkoła boi się, a gdzie niezadowolony rodzic zawsze może złożyć skargę. Pracują w niej wykwalifikowani w nauczaniu nauczyciele. Im młodsza klasa, tym lepsze mają przygotowanie pedagogiczne, w starszych większy nacisk kładzie się już na znajomość nauczanego przedmiotu. Kolejne stopnie awansu od nauczyciela początkującego przez mianowanego do dyplomowanego wiążą się z doświadczeniem w nauczaniu. Dokształcający się nauczyciel w domyśle robi kursy pozwalające lepiej uczyć i z jakości kształcenia jest rozliczany.

Szkoła wymaga tego, co było na lekcji, a nauczyciel ma obowiązek przerobić podstawę programową. Jeśli uczeń się nie nauczy bądź zawali egzamin, na kogo zwykle spada wina? No przecież nie na dziecko. Ma ono prawo do dostosowania wymagań do jego stanu zdrowia, pomocy w nadrobieniu zaległości po chorobie itd.

To teraz porównajmy to z uniwersytetem. Zaznaczam, że tak naprawdę więcej powiedzieć mogę uczelniach medycznych, niemniej ośmielę się mniemać, że na politechnikach i uniwersytetach ogólnych, a także w wielu szkołach artystycznych jest podobnie. Raczej nie chodzi mi o niewielkie uczelnie prywatne, gdzie chętnych na miejsce jest zazwyczaj znacznie mniej, zajmujących się w zasadzie wyłącznie dydaktyką i pobierających za nią często grube pieniądze (pomijam zaś w zupełności nieliczne przypadki, gdy grube pieniądze płacono za udawanie uczenia i wystawianie lipnych papierów).

Główną rolą uniwersytetu nie jest wbrew pozorom nauczanie, tylko nauka – w znaczeniu ogólnym, a nie w rozumieniu uczenia kogokolwiek. Nauka jako zwiększanie sumy ludzkiej wiedzy poprzez przeprowadzanie badań, dokonywanie odkryć, publikacje naukowe.

Większość nauczycieli akademickich jest naukowcami (bądź artystami, często też praktykami pracującymi, również prywatnie, w swojej dziedzinie). Przygotowanie pedagogiczne mają bardzo słabe, liczone niekiedy w kilku godzinach zajęć podczas studiów doktoranckich (bądź szkół doktorskich, funkcjonujących od niedawna), niekiedy żadne. Istnieją oczywiście oceny nauczycieli akademickich dotyczące dydaktyki, a nawet ankiety ich oceny przez studentów. Jednak mało kto je wypełnia, a spora część ocenianych w ogóle ich nie czyta. Co lepsi dostaną raz w semestrze kilka stów nagrody.

Ich awanse i zajmowane stanowiska nie zależą jednak w zauważalnym stopniu od jakości prowadzonych zajęć. Może nie w najmniejszym – jeśli ktoś używa wobec studentów gróźb karalnych, biega z siekierą bądź odwrotnie nalega na zbyt daleko idącą, zwłaszcza fizyczną zażyłość, poniesie konsekwencje. Poza takimi rzadkimi przypadkami awans na uczelni w zasadzie od uczenia nie zależy.

Na uniwersytecie zwiększanie kwalifikacji oznacza zwykle zdobywanie kolejnych stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego, a niekiedy nawet i tytułu profesora, odbieranego w Polsce z rąk prezydenckich. Uczelniane stanowiska wyższe niż asystent obsadzają głównie (wyłącznie?) osoby, które zdobyły wyżej wymienione stopnie i tytuły.

Relację dydaktyki i nauki świetnie widać w telewizji – jeśli się wie, na co patrzeć. Nauczyciele szkolni bywają niekiedy zapraszani do mediów, niekiedy w nich piszą (polecam ponownie znakomity blog licealnego polonisty Chętkowskiego) – i zauważmy, że wypowiadają się głównie, jeśli nie wyłącznie (także Chętkowski) o sprawach szkoły – edukacji, egzaminów, lekcji, podstawy programowej.

Kiedy ostatnio widzieliście państwo w mediach nauczyciela akademickiego? Podpowiem – ja widuję ich kilka razy w tygodniu. Socjolodzy, politolodzy i rozmaici inni doktorzy, doktorzy habilitowani i profesorowie tego i owego w znakomitej większości byli bądź są nauczycielami akademickimi (nie dotyczy to głównie pracowników Polskiej Akademii Nauk).

Nie kojarzyli ich państwo z dydaktyką? Nie przedstawiali się jako nauczyciele akademiccy, nie mówili niczego o nauczaniu? Zapewnei. Większość z nich myśli o sobie przede wszystkim jako o naukowcach, odkrywcach, specjalistach, autorach publikacji, dopiero w drugiej kolejności jako o nauczycielach studentów.

Oczywiście zdarzają się na uczelni entuzjaści dydaktyki uwielbiający uczyć i potrafiący zaciekawić swoją dziedziną pomimo miesięcznej pensji, którą na rynku prywatnym zarabia się w trzy dni. (Każdy entuzjazm można jednak wypalić nadmiarem obowiązków i liczbą ponadwymiarowych godzin, niekiedy istotnie wyższą od liczby godzin obowiązkowym, wynikających z pensum.)

Istnieje też część wykładowców, niekiedy wybitnych naukowców, zainteresowanych w zasadzie wyłącznie rozwojem wiedzy i odkryciami, bez predyspozycji do nauczenia innych i traktujących ten obowiązek jak przysłowiowy wrzód w miejscu stanowiącym obiekt naukowego zainteresowania proktologów. Przez kilka lat studiów spotka się zwykle nauczycieli z całego spektrum między obiema opisanymi skrajnościami. Którzy przeważą – to loteria.

Do tego dochodzi brak jednego podręcznika, niezgrany plan zajęć, dotarcie na które na czas często graniczy z niemożliwością, i kumulowanie zaliczeń z wielu przedmiotów w jednym czasie (nie wiem, co za geniusz wymyślił sesję). Ponadto z reguły w zakresie spraw organizacyjnych (a nieraz mam wrażenie, że w zasadzie chyba wszystkich) nikt nic nie wie. Asystent odsyła do szefa, szef jest niedostępny i kontaktuje się za niego sekretarka, a sekretarka ma na głowie ogrom nikomu niepotrzebnej, ale z jakichś powodów wymaganej papierkowej roboty, ponadto nie jest pracownikiem dydaktycznym.

Nie ma żadnego dyrektora, do którego można zwrócić się ze skargą (jest rektor, urzęduje gdzieś daleko w rektoracie i raz do roku pokazuje się w futrze z gronostaja). Nie ma żadnego kuratorium, którego uczelnia by się bała, a nieraz próbujących w pierwszych semestrze interweniować rodziców odprawia się z szerokim uśmiechem na ustach.

Jeśli więc z jakiegoś powodu student się nie nauczy, nie zaliczy zajęć, obleje, czyja to wina? Oczywiście studenta. Już nie dziecka, a dorosłego człowieka, odpowiedzialnego za swoje czyny. Któremu z drugiej strony nie przysługują prawa uważane za coś oczywistego w pracy, jak zwolnienie chorobowe, urlop na żądanie itd. Był chory? Trzeba było nie chorować. Problemy rodzinne? Któż ich nie ma, ale zaliczenia trzeba zaliczyć.

Zresztą i tak na wykładach czy prelekcjach tylko sygnalizuje się najważniejsze problemy, a na ćwiczeniach, jak sama nazwa wskazuje, ćwiczy to, na co akurat pozwalają możliwości zakładu. Zajęcia obejmują niekiedy połowę, niekiedy dziesiątą część wymaganego materiału. Oczywiście potem na egzaminie pojawią się pytania z tego, co prowadzący mówili na wykładach i prelekcjach i co zapomnieli powiedzieć, z tego, co zdążono pokazać na ćwiczeniach i czego przerobić nie zdążono, i z kilku podręczników. Nie nauczyłeś się bądź wylosowałeś nie te pytania – do zobaczenia we wrześniu.

Czy nie przesadzam? Poniekąd. Skupiam się na negatywnych aspektach studiowania, próbując nieco zrównoważyć bajeczne wizje roztaczające się i roztaczane w głowach młodych ludzi. Bo jednak studiowanie na porządnych studiach to pomimo tego wszystkiego fajna rzecz, okazja do zdobycia wiarygodnej (a nie internetowej) wiedzy, umiejętności, samorozwoju, wartościowych relacji społecznych. I do czego mimo wszystko gorąco zachęcam.

Marcin Nowak

P.S.

Nie chciałbym sprawić wrażenia, że studenci nie są ważni. Dlatego ten tekst, chyba mój trzysetny na tym blogu (jeśli nic nie pomyliłem w kategoryzacji, a zapewne pomyliłem), dedykuję moim studentom z ostatnich lat, w szczególności Marcie, Marietce, Jeremiaszowi, Nastce, Przemkowi, Kubie. Miałem dużo świetnych studentów.

Reklama