Łomiarz, czyli nowy Trynkiewicz

Wyszedł na wolność Henryk R., zwany „Łomiarzem”, winien śmierci pięciu kobiet. I zapewne na nowo rozgorzeje dyskusja, czy osoby, które mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia innych, powinny chodzić na wolności po odbyciu wymierzonej im kary.

Jedni będą żądać ich prewencyjnego uwięzienia, inni argumentować, że nie można pozbawiać wolności na podstawie przypuszczeń i szacowania prawdopodobieństwa, przedkładając poczucie bezpieczeństwa ogółu ponad podstawowe prawa jednostki.  

Podobna dyskusja odbyła się 13 lat temu, gdy skończyła się kara 25 lat więzienia wymierzona zabójcy na tle seksualnym czterech chłopców Mariuszowi Trynkiewiczowi i trzem innym skazanym za podobne zbrodnie. W ekspresowym tempie uchwalono wtedy ustawę „o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie dla zdrowia, życia i wolności seksualnej innych osób”. Chodziło o to, by – po odbyciu przez nie wyroku – móc dalej więzić osoby skazane za przestępstwa przeciwko zdrowiu, życiu lub wolności seksualnej, które nie są chore psychicznie (chore można bowiem internować w szpitalu psychiatrycznym). Na mocy tej ustawy powstał Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym (KOZD) w Gostyninie, w którym miano umieszczać takie osoby. W ośrodku przeznaczonym pierwotnie dla kilkunastu osób w niedługim czasie upchnięto sześćdziesiąt, a potem więcej. Żyją tam i umierają. Sam Trynkiewicz zmarł rok temu.

Teraz Henryk R. skończył odsiadywać karę dziesięciu lat za usiłowanie rozboju, w trakcie którego ofiara doznała nieznacznych obrażeń (skutki zdrowotne poniżej 7 dni). A więc sąd, orzekając wysoki, jak na takie skutki przestępstwa, wyrok, wziął prawdopodobnie pod uwagę recydywę i zagrożenie, jakie na wolności stanowi Łomiarz. Henryk R. od 1992 r. – z przerwami na odsiadki – dokonywał bowiem napadów rabunkowych na kobiety, w trakcie których pozbawiał je przytomności, uderzając z tyłu ciężkim przedmiotem, a następnie kradł im torebki. Jego ofiarą padło 29 kobiet. Doznały różnych obrażeń: od lekkich do śmiertelnych (pięć kobiet). Jego pierwszy wyrok to 15 lat więzienia. Policjantom miał powiedzieć, że „nienawidzi kobiet”.

Teraz, na pół roku przed wyjściem z więzienia, na wniosek dyrektora zakładu karnego sąd orzekł wobec niego środki zabezpieczające: dozór elektroniczny, dozór policyjny i obowiązek poddania się terapii agresji. Wszystko to bezterminowo.

Nie mógł orzec wobec niego tzw. detencji postpenalnej, czyli uwięzienia w specjalnym ośrodku po zakończeniu odbywania kary, bo skazani po 2015 r. nie podpadają już pod tzw. lex Trynkiewicz. Ta ustawa („o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie dla zdrowia, życia i wolności seksualnej innych osób”) jest bowiem ustawą epizodyczną, czyli taką, która działa tylko przez określony czas. W tym wypadku do czasu, aż skończą odbywać karę osoby skazane przed 2015 r. Do skazanych później (a Henryk R. został skazany w 2016 r.) stosuje się normalne (uchwalone nowelizacją z 2015 r.) przepisy kodeksu karnego o tzw. środkach zabezpieczających. Przy wyroku skazującym sąd orzeka poddanie skazanego na koniec kary ocenie biegłych, czy stanowi on zagrożenie i czy należy, po skończeniu kary, stosować wobec niego środki zabezpieczające, w tym internowanie w szpitalu psychiatrycznym. I takie środki – poza internowaniem w szpitalu – orzeczono wobec Łomiarza. Jednak nie można go umieścić przymusowo w szpitalu, bo nie jest chory. A wśród środków zapobiegawczych przewidzianych w kk nie ma umieszczenia w zamkniętym ośrodku przeznaczonym dla byłych skazanych z zaburzeniami osobowości.

I zapewne pojawi się teraz społeczna presja, by taki środek wprowadzić.

Jak? Jesteśmy bogatsi o doświadczenie blisko dwunastoletniej działalności KOZD w Gostyninie. I jest to doświadczenie dramatycznie złe. W KOZD miała być terapia, ale zatrudniono więcej pracowników ochrony niż psychologów, psychiatrów seksuologów, terapeutów zajęciowych, pielęgniarek i innego personelu merytorycznego razem wziętych. Wprowadzono reżim surowszy niż więzienny. Wbrew ustawie umieszcza się tam także osoby chorujące psychicznie. Decyzję o umieszczaniu w KOZD byłych skazanych podejmuje sąd cywilny, którego sędziowie, a właściwie sędzie, bo to głównie kobiety, nie mają przygotowania do sądzenia w podobnych sprawach. Przez pierwsze lata nie było wystandaryzowanych narzędzi psychologicznych do prognozowania, czy i z jakim prawdopodobieństwem dana osoba popełni na wolności przestępstwa przeciwko zdrowiu, życiu lub wolności seksualnej. Teraz takie narzędzia są, ale nie dają gwarancji, że prognoza przygotowana z ich wykorzystaniem będzie trafna. A tak biegli, jak i sędziowie obawiają się osobistej odpowiedzialności, gdyby „pacjent” po wyjściu z KOZD jednak złamał prawo. Więc na wszelki wypadek biegli oceniają, że prawdopodobieństwo tego jest „bardzo wysokie”, a sądy nie zwalniają z ośrodka.

A więc prawie nikt z osadzonych w KOZD nie wychodzi na wolność. Nawet osoby, które dostaną pozytywną rekomendację dyrekcji. Skoro tak, to osadzeni tam nie mają motywacji, by brać udział w zajęciach terapeutycznych. W ten sposób terapia i readaptacja „pacjentów” (bo tak się oficjalnie nazywają) KOZD okazały się fikcją. W dodatku drogą fikcją, bo dziennie koszt pobytu w ośrodku jednego „pacjenta” w 2023 r., według raportu z kontroli NIK, wynosił 1863 zł.

Taniej wyszłoby, gdyby zamiast umieszczać byłych skazanych w KOZD, wypuszczać ich po odbyciu kary na wolność i za każdym posłać dozorującego go policjanta. Tak jak prawdopodobnie stało się w przypadku Henryka R., dozorowanego dodatkowo elektronicznie i zobowiązanego do podjęcia terapii.

Reklama