Misja odbicia Trybunału

Czy Trybunał Konstytucyjny ma być odbity metodami politycznymi?

Kolejnym sędzią Trybunału Konstytucyjnego wskazanym przez większość rządową może zostać minister-członek Rady Ministrów, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów i minister do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu Maciej Berek.

Tak przynajmniej wynika z ustaleń Polityki Insight, potwierdzonych potem przez dziennikarzy wp.pl, TOK FM i TVN24. Mówi się, że ma on spowodować przesilenie w trwającym pacie niedopuszczania do orzekania czworga z siedmiorga sędziów wybranych do TK przez rządzącą większość.

Sędziami TK nie raz zostawali politycy, najczęściej parlamentarzyści. Prawo tego nie zabrania, choć uważa się, że bezpośrednie przesiadanie się z fotela parlamentarzysty czy ministra na fotel sędziego TK jest praktyką złą, ponieważ rodzi szereg trudności. Przede wszystkim związane są one z koniecznością wyłączania lub wyłączania się takiego sędziego od sądzenia spraw dotyczących prawa, przy którego uchwalaniu czy tworzeniu brał ponadstandardowo czynny udział. Do tego dochodzi problem tzw. zewnętrznej bezstronności sędziego, czyli tego, że w związku z pełnioną wcześniej polityczną rolą może on być przez opinię publiczną postrzegany jako niedający rękojmi bezstronności w orzekaniu.

Kiedy obecna większość rządząca zdecydowała się wreszcie, w marcu tego roku, na obsadzenie wakujących w TK miejsc, politycy koalicji zarzekali się, że nie będą powielać patologii PiS z poprzednich lat, kiedy to posłowie Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz, a także Prokurator Krajowy i polityk związany z PiS i Zbigniewem Ziobrą Bogdan Święczkowski zamienili swoje fotele na miejsca w Trybunale.

Politycy koalicji mówili: nasi kandydaci będą merytoryczni, a nie polityczni.

Maciej Berek byłby niewątpliwie kandydatem merytorycznym. Jest doktorem praw, wybitnym znawcą techniki legislacyjnej i prawodawczej (był w latach 2007–15 prezesem Rządowego Centrum Legislacji), prawa konstytucyjnego (jest adiunktem w Katedrze Prawa Konstytucyjnego Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego), kontroli państwowej (od 2004 był zatrudniony w Najwyższej Izbie Kontroli), nieobce są mu prawa człowieka (w 2021 został dyrektorem generalnym Biura RPO).

Jednak trudno nazwać go kandydatem apolitycznym. Szczególnie że premier Donald Tusk, ogłaszając we wtorek, że Maciej Berek przestaje pełnić funkcję ministra do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu, powiedział: „Wspólnie z ministrem Berkiem ustaliliśmy, że przejdzie on do innych zadań”. A więc decyzja o kandydowaniu na sędziego TK nie była samodzielną decyzją ministra Berka, ale wspólnym ustaleniem z szefem rządu, że zostaje posłany do TK z określonym zadaniem?

Można się domyślić, że tym zadaniem byłoby wspomniane już przełamanie pata w TK. Dlaczego miałby tego dokonać akurat Maciej Berek, skoro nie potrafią tego zrobić wybrane już, niewątpliwie merytoryczne, osoby? Trudno powiedzieć. Ale może to oznaczać, że za jego pośrednictwem premier będzie miał „przełożenie” na działania niedawno wybranych sędziów TK, którzy nie ustalają nic wspólnie z premierem, bo nie byli politykami.

Z punktu widzenia odbudowania zaufania opinii publicznej do bezstronności Trybunału taka sytuacja to utrwalanie wprowadzonej przez PiS patologii upolityczniania Trybunału Konstytucyjnego.

Ale jest jeszcze inny punkt widzenia. Taki oto, że pata w Trybunale wynikającego ze skrajnego upolitycznienia – przede wszystkim jego prezesa Bogdana Święczkowskiego, strażnika interesów PiS – można przełamać jedynie metodami politycznymi. Jakimi? Na czym miałaby polegać taka misja? Trudno sobie wyobrazić. Ale może „ustalili” to premier i jego minister? Tylko jak potem przywrócić apolityczność Trybunału?

Reklama