Maja Chwalińska w ćwierćfinale French Open. Trwa piękna paryska przygoda

Nie Iga Świątek ani Magdalena Fręch czy Magda Linette, ale Maja Chwalińska jest w ostatniej ósemce turnieju Rolanda Garrosa. Czwarta rakieta naszego kraju bezapelacyjnie zwyciężyła Francuzkę Diane Parry 6:3 i 6:2. I wynik w pełni oddaje przebieg wydarzeń na korcie. Wszystko to, co dzieje się w Paryżu, jest jak piękny sen. Po Agnieszce Radwańskiej i Idze Świątek jest trzecią Polką w erze open w ćwierćfinale tych zawodów.

Kto teraz odmówi jej szans w ćwierćfinałowym pojedynku z Rosjanką Anną Kalińską? A przecież musiała zaczynać od trzech rund w kwalifikacjach, bo miała za niski ranking (114. WTA), żeby znaleźć się od razu w głównej drabince. Awans do turnieju był już sam w sobie sukcesem 24-letniej dziewczyny pochodzącej z Dąbrowy Górniczej, która od długiego czasu z uporem starała się przebić do pierwszej setki na świecie.

Okazało się, że to był tylko początek znacznie dłuższej historii. Tak naprawdę dzisiaj nie wiemy, kiedy ona się skończy. W pierwszej rundzie pokonała mistrzynię olimpijską z paryskich kortów Qinwen Zheng, później renomowaną Elise Mertens i jeszcze niedawno trzecią na świecie Marię Sakkari. No i teraz w jednej ósmej finału – Francuzkę Parry.

Zwycięstwo to jedno, ale ten styl! Maja piłka po piłce, gem po gemie, jak ktoś z komentatorów powiedział, wybijała tenis z głowy swojej rywalce. Skróty i loby, zagrania „pod górę”, zmiana rytmu, świetne poruszanie się po korcie – wszystko to powodowało stałe zwiększanie przewagi na głównej arenie zawodów, korcie Philippe’a Chatriera.

Wszystkie statystyki pokazują skalę jej przewagi. Przez cały mecz przeciwniczka Polki miała tylko jedną szansę przełamania serwisu (niewykorzystaną). Chwalińska praktycznie nie miała chwili załamania poziomu swojego tenisa. Niewysoka podopieczna Czecha Jaroslava Machovskiego sama przyznaje, że nie pokona rywalek siłą uderzeń, musi to robić sposobem. Zapytana po meczu przez Marion Bartoli, czy jej gra na korcie była efektem specjalnej taktyki, Maja z rozbrajającą szczerością odpowiedziała, że wcale nie. To po prostu jest jej tenis.

Skalę sukcesu odzwierciedla awans w rankingu. Przypomnijmy, gdy ponad dwa tygodnie temu rozpoczynała się paryska przygoda, Maja była 114. Dzisiaj jest 49. A to wcale nie musi być koniec. Co ciekawe, jeśli Polka nie dostanie „dzikiej karty” od organizatorów, będzie musiała wystartować w kwalifikacjach do Wimbledonu, bo lista uczestników została wcześniej zamknięta. Później, np. podczas US Open i wielu innych turniejów, nie trzeba będzie męczyć się w eliminacjach. No i zarobione w Paryżu pieniądze znacznie ułatwią występy w tourze.

Maja Chwalińska i Iga Świątek urodziły się w tym samym roku, znają się od dziesiątego roku życia. Przez dłuższy czas robiły porównywalne postępy, później, jak wiemy, to się radykalnie zmieniło. Obecna tenisistka BKT Advantage Bielsko-Biała borykała się z wieloma problemami, z których najpoważniejszym była depresja. To wszystko spowolniło karierę, ale wreszcie nastąpiła chwila jej radykalnego przyspieszenia.

Tej wiosny trzeci już tydzień w Paryżu jest jak piękny sen. Oby trwał jak najdłużej.

Reklama