Maduro w kajdankach

W odpowiedzi na akcję w Wenezueli Rosja potępiła ingerencję naruszającą suwerenność niepodległego państwa i kartę ONZ, a Korea Północna wystrzeliła serię rakiet balistycznych. To znaczy, że na satrapiach akcja Trumpa zrobiła wrażenie. 

Rosja, najeźdźca na Ukrainę, nie ma prawa wytykać najazdu Amerykanów na Caracas, bo sama szykowała Zełenskiemu los dyktatora Maduro. Tyle że jej nie wyszło, a Trumpowi tak. Korea Kima, tak jak Iran, może prężyć muskuły, ale obie tyranie dostały lekcję druzgocącej militarnej, operacyjnej i wywiadowczej przewagi USA. W gruncie rzeczy ta lekcja liczy się teraz bardziej niż cokolwiek w polityce międzynarodowej. 

Ameryka Trumpa dotąd wzbudzała w kręgach politycznych różne uczucia, od niechęci do zachwytu. Teraz w państwach dyktatorskich wzbudziła strach. Jeśli Amerykanie bez strat przełamali wenezuelski system ochronny, wykorzystujący sprzęt rosyjski, to pokazali Kremlowi, że i z Rosji mogliby uprowadzić Putina.

Dla tyranów to sygnał alarmowy. Będą go rozbierać na najdrobniejsze elementy, by wyciągnąć wnioski dotyczące własnych możliwości obronnych. Ważne będzie też to, czy spektakularne porwanie Maduro wymusi „zmianę reżimu” w Wenezueli i w jaki sposób: siłą czy wskutek ustępstw ze strony osieroconych chavistów, którzy na razie utrzymali władzę. Uderzyć to jedno, odbudować demokrację to drugie. 

W Europie skuteczna akcja Amerykanów też zrobiła wrażenie. Nikt w gremiach unijnych nie będzie żałował Maduro. Na razie reakcje unijne, w tym Tuska, są powściągliwe. Mamy jednak dylemat: czy praworządne demokracje europejskie powinny przejść do porządku nad obaleniem tyrana z pogwałceniem prawa międzynarodowego? Poważne wyzwanie dla elit politycznych i prawniczych. 

Lecz niekoniecznie dla 8 mln Wenezuelczyków, którzy emigrowali z kraju rządzonego przez Cháveza i Maduro w poszukiwaniu lepszego życia, i tej części społeczeństwa, która nie emigrowała, ale poparła antyrządową opozycję. Wielu wiadomość o pojmaniu dyktatora przyjęło nie z oburzeniem, lecz z ulgą, radością i nadzieją. 

Trump wziął odpowiedzialność za rozbudzenie tych nadziei. Jeśli nie zdoła ich zaspokoić, a w kraju dojdzie do wojny domowej, jak choćby w Iraku po 2003 r., będzie to jego kompromitacją w USA i na świecie. Pokój ustanawiany siłą dokonał się podczas II wojny światowej. 

W obozie aliantów nie było protestów przeciwko planom zamachu na demokratycznie wybranego Hitlera, a nawet przeciwko masowym bombardowaniom miast niemieckich. Priorytetem było obalenia Führera i zniszczenie jego ludobójczego reżimu. Argument, że budował autostrady i auta dla mas, nie przeważył. Gorzej poszło z Sowietami, które do końca zimnej wojny miały obrońców w wolnym świecie. Ale w byłej Jugosławii ani na Bliskim Wschodzie „liberalna interwencja” Zachodu już nie odniosła pełnego sukcesu. 

Jedyna droga skutecznego rozładowania głębokich konfliktów nie może kończyć się na interwencji zbrojnej. Musi mieć znaczące poparcie w społeczeństwie i jego elitach. Na tym polegało zwycięstwo liberalnych demokracji nad komunizmem. Końca historii jednak nie przyniosło. W XXI w. idea liberalna przechodzi kryzys, a głowę podnoszą siły antyliberalne. Kryzys ma wiele aspektów, prócz ideologicznego także społeczny, ekonomiczny i kulturowy.

To starcie definiuje obecne czasy. Pseudolewicowe i skrajnie prawicowe reżimy autokratyczne są wbrew swej propagandzie wrogami wolności. Nie wygrają, jeśli znacząca część ludzi w nich żyjących poczuje, że są ofiarami wielkiej manipulacji pod hasłem, że czarne jest białe. 

Reklama