Dłużej świata niż Trumpa

Łatwiej zrobić rajd na Caracas, niż zmienić reżim w Wenezueli albo doprowadzić do zawieszenia ognia w Ukrainie. Łatwiej uprowadzić Madurę niż Putina. Łatwiej straszyć Grenlandię, niż ułożyć się z sensem i z wzajemną korzyścią z Unią Europejską. Słowem, łatwiej wywołać chaos, niż nim zarządzać.

Plany powrotu do stref wpływów jako podstawy nowego porządku na naszej planecie to mrzonki. W dzisiejszym świecie „dyplomacja kanonierek” napotka silny opór, którego nie przemoże. Jak Rosja z PKB wielokrotnie niższym od PKB Unii Europejskiej miałaby skutecznie zarządzać Europą? Tak samo Chiny i USA nie mają dość sił i środków, by kontrolować Azję i obie Ameryki. 

Już podczas pierwszej kadencji Trumpa w jego otoczeniu rozpuszczano plotki o powrocie do stref wpływów: USA, Rosji i Chin. Brzmi dobrze w kuluarach lub na papierze, w rzeczywistości to uzurpacje grożące kolejnymi konfliktami i wojnami, które kosztowałaby krocie, a więc zagrażałyby nawet gospodarkom uzurpatorów. Na dodatek są dziś państwa takie jak Indie, Brazylia czy RPA, które wybiły się na samodzielność i nie mają najmniejszej ochoty znaleźć się w czyjkolwiek strefie wpływów. 

Nas w Polsce i Europie te plotki i mrzonki nie powinny paraliżować ani doraźnie, ani w dłuższej perspektywie. Polska nie jest potęgą, tylko krajem średniej wielkości i o dużym potencjale dalszego rozwoju, o ile nie zniszczy go konflikt polityczny między skrajną prawicą i obozem Tuska. Musimy dotrwać do czasu, gdy administracja Trumpa zbierze żniwo swej obecnej hegemonistycznej polityki. 

Trumpizm to tylko epizod w historii USA i relacjach Ameryki z Europą. Możliwa jest inna Ameryka. Już wkrótce, w nadchodzących mid-term elections i w następnych prezydenckich okaże się, jak silne jest realne poparcie Amerykanów dla ekipy Trumpa. 

Jeżeli będzie wyraźnie słabsze – a wiele na to wskazuje – osłabnie wraz z nim skrajna prawica w UE, w tym w Polsce. Tu sprawdzianem będą wybory parlamentarne na Węgrzech. A za dwa lata kolejny sprawdzian będzie w Polsce.

Polska powinna patrzeć dalej niż tylko do kolejnego rajdu amerykańskiego w Kolumbii czy na Grenlandii. Mimo kryzysu, jaki Trump wywołał w UE i NATO, powinna być lojalnym członkiem obu tych organizacji. Bronić ich obu przed trumpizmem, który dąży do ich marginalizacji. Rajd na Grenlandię byłby przecież atakiem państwa członkowskiego NATO na inne państwo członkowskie, czyli groziłby zniszczeniem Sojuszu od wewnątrz. Na szczęście dłużej świata niż Trumpa. 

Reklama