W cztery oczy

Karol Nawrocki przywitał premiera Tuska trzema wetami. Następnie przez niecałą godzinę rozmawiał z szefem rządu o bezpieczeństwie Polski w kontekście agresji Rosji na Ukrainę. Ubiegłej nocy Rosjanie zaatakowali z powietrza okolice Lwowa swoją superbronią, pociskiem Oriesznik. To kolejny komunikat Putina do Zachodu, żeby nie liczył na pokój.

Temat spotkania w cztery oczy był więc oczywisty: bezpieczeństwo państwa i kraju musi być wyłączone spoza walki politycznej obozu prawicowego, któremu lideruje Nawrocki, z obozem rządowym pod przywództwem Tuska.

Ale dlaczego Nawrocki tak długo zwlekał z tą oczywistą rozmową? Dlaczego prawie codziennie on sam lub jego adiutanci odmawiają współpracy z rządem w innych sprawach, które też mają związek z bezpieczeństwem? Jak choćby w sprawie walki z hejtem w „internetach”, którą właśnie Nawrocki zawetował.

Weto zmiażdżył minister cyfryzacji Gawkowski, ale co z tego? Ustawa poszła na półkę, hejterzy wszelkich wstrętnych rodzajów mogą dalej szczuć i kłamać, krzywdzić nawet dzieci. Nawrocki chce bronić wolności słowa, stając w obronie tych, którzy nikczemnie ją wykorzystują.

Argument o wolności słowa to stara śpiewka na prawicy. Podszyta logiką Kalego: wolność słowa jest wtedy, gdy zaprasza się przed kamerę posła Kuźmiuka, arcylojalistę Kaczyńskiego; kiedy TV Republika może atakować „reżim Tuska” w stylu „kurwizji”; kiedy poseł Matecki wrzuca do sieci filmik, w którym wwierca śrubokręt w głowę Tuska, a Sakiewicz wrzuca post: „Assad, Maduro, Tusk?”. I co? I nic, bo przecież „dyktatura Tuska” ewangelicznie pozwala się opluwać od rana do wieczora.

Rozumiem i podziwiam stoicki upór premiera w dążeniu do ucywilizowania relacji obu pałaców. Tego wymaga racja stanu i interes narodowy. Ale sam Tusk mówi, że – poza współpracą w sprawie bezpieczeństwa Polski – spodziewa się po ekipie Nawrockiego jedynie dalszego utrudniania pracy rządu. Trudno mi jednak ogarnąć logikę premiera: bo przecież bezpieczeństwo Polski ma wiele wymiarów, nie tylko militarny czy dyplomatyczny.

Moim zdaniem nadzieje rządu na jakąś normalność w relacjach z ekipą Nawrockiego są płonne. To fatalnie dla Polski, ale właśnie dlatego trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Nie będzie żadnej współpracy, bo Nawrocki i jego otoczenie chcą wojny z obozem rządowym, z niej czerpią złą energię i perwersyjną przyjemność, nie oglądając się na skutki takiej patopolityki dla Polski. Uwierzę, że coś się zmienia i stabilizuje, jeśli Nawrocki podpisze choćby nominacje oficerskie i ambasadorskie.

Rzecznik Nawrockiego zaraz po spotkaniu oświadczył, że prezydent odpowiada za relacje z USA, a premier za relacje z Europą. Bzdura, prowokacja. I co? I nic. Tusk nie zareagował. A przecież ta wypowiedź przekreśla de facto jakiekolwiek pozytywne znaczenie tej piątkowej rozmowy w cztery oczy dwu najwyższych urzędników państwowych.

Reklama