Energetyczny program
…a także dyrygentka koncertu w Filharmonii Narodowej, Ruth Reinhardt. I znów: może nie było idealnie, ale stan orkiestry jest coraz lepszy.
Młoda niemiecka kapelmistrzyni, jeszcze przed czterdziestką, jest bardzo wyrazista i precyzyjna. Widać było, że znalazła z orkiestrą wspólny język. W jej życiorysie podano, że chętnie wykonuje dzieła mniej znanych kompozytorów/-ek XX i XXI w. (w tym m.in. Grażyny Bacewicz) i chętnie je zestawia z klasykami XX w., takimi jak Bartók, Strawiński Hindemith, Lutosławski czy – jak dziś – Bohuslav Martinů oraz z pokrewną muzyką dawniejszą – dziś padło na uwerturę i tańce ze Sprzedanej narzeczonej Smetany. A w środku, dla kontrastu – II Koncert fortepianowy Camille’a Saint-Saënsa z Cédrikiem Thibergienem jako solistą.
Trudno uwierzyć, ale Uwerturę do Sprzedanej narzeczonej nasza orkiestra grała ostatni raz w 1966 r., a Polkę z tejże opery – jeszcze 5 lat wcześniej. Zagranych też dziś Furianta i Tańca komediantów zapewne nigdy nie wykonała, bo żadnej daty nie ma. A to są tak efektowne utwory, same nogi się poruszają do tańca. Chciałoby się więcej lekkości w samej grze, ale i tak słychać w orkiestrze pewien postęp.
„Od Bacha do Offenbacha” – mówi się złośliwie o II Koncercie Saint-Saënsa, ale o ile początek jest rzeczywiście trochę pod Bacha, to finałowa tarantela raczej nie jest z Offenbacha – są w twórczości tego kompozytora tematy bardziej go przypominające, a nawet wręcz z niego czerpiące (jak w Żółwiach z Karnawału zwierząt). W sumie ten koncert jest, jakby mu ucięto pierwszą część: zaczyna się od części wolnej, potem jest chochlikowate, trochę jak u Mendelssohna, scherzo, wreszcie wspomniana tarantela – dziś w nadmiernie chyba szybkim tempie, zresztą i druga część pędziła bez opamiętania, aż pianista przez chwilę się pogubił. Thibergien technikę ma, paluszkami przebiera, choć trochę to było lekkie i powierzchowne. Ale na bis zmienił nastrój i zagrał uduchowione preludium chorałowe Nun komm der heiden Heiland Bacha/Busoniego, pozostając w tej samej tonacji g-moll.
Wiele razy już tu pisałam, że bardzo lubię Martinů, ale dodam, że za każdym razem mnie zaskakuje, także tym, że coraz bliższa mi jest ta muzyka. Muzyka powstająca w trudnych czasach i przeznaczona na trudne czasy, ale – tak jak lubię – z wewnętrzną siłą i jakby jasnością. IV Symfonia powstała zaraz po wojnie, wiosną 1945 r., i jest zarówno powojenna, jak wiosenna – znacząca jest tonacja I części, B-dur jak w Wiosennej Schumanna. To muzyka zarazem tonalna i chromatyczna, optymistyczne akordy durowe łączą się z chromatycznym zamgleniem, jak spojrzenie przez łzy. Do tego żelazny rytm, pęd, powtarzalność. Scherzo jest w charakterze po prostu jak z Beethovena. Chwila refleksji w Largo, i znów rytmiczny finał. Bardzo przyzwoite wykonanie. Do teraz jestem pod wrażeniem tej muzyki. Więcej Martinů!