Płyty otrzymane c.d.

Tak się zdarza czasem, że dostaję płyty bezpośrednio od artystów, którzy je nagrali. Nie zawsze na świeżo, czasem z opóźnieniem. Bywają to niespodzianki, odkrycia, ale też po prostu muzyka warta wysłuchania.

Dziś o wykonaniach muzyki XX w. Zacznę od płyty, która niestety jest już nie do dostania ani do wysłuchania w sieci (nie wiem, czemu właściwie), ale piszę o niej, bo dzięki niej coś zrozumiałam. Paweł Klecki, Muzyka zapomniana, ale nieutracona, Urszula Kryger – mezzosopran, Adam Manijak – fortepian, BMP (Bacewicz Music Production) – to pokłosie Roku Pawła Kleckiego, który jego rodzinne miasto Łódź ustanowiło w 2023 r., w półwiecze śmierci tego wybitnego dyrygenta i zapomnianego, ale równie znakomitego kompozytora. Muzeum Miasta Łodzi pokazało wówczas poświęconą mu wystawę, odbywały się koncerty, a współorganizująca obchody tamtejsza Akademia Muzyczna im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów wydała książkę Paweł Klecki. Polski artysta z historią w tle, w której znajdują się referaty muzykologów i muzyków, badaczy jego twórczości. Również ta uczelnia wydała niniejszy dwupłytowy album, na którym związani z Łodzią artyści, wybitna mezzosopranistka i pianista, który również zajmuje się od lat badaniem muzyki Kleckiego, po raz pierwszy w historii zarejestrowali wszystkie jego dzieła na głos z fortepianem. Niestety nie wrzucono ich na YouTube, jest tam tylko kilka utworów instrumentalnych, też wartych słuchania i wykonywania. Nieraz już pisałam o niesamowitych losach dzieł Kleckiego, które przez wiele lat były uważane za utracone, a które odnaleziono w latach 60. w Mediolanie, gdzie przed ucieczką stamtąd zakopał je autor. Po wojnie znany był już tylko jako legendarny dyrygent i do kompozycji nie wracał; nawet nie chciał otworzyć skrzynek z partyturami, które mu odesłano. Podejrzewano, że bał się, że nuty rozpadły się ze starości. Otwarto te skrzynki dopiero po jego śmierci, z inicjatywy wdowy, i okazało się, że wszystko znakomicie się zachowało. Ale kiedy słucham tych wszystkich pieśni, naprawdę pięknych, wyrafinowanych, o wysokiej jakości muzycznej, domyślam się też innego powodu, czemu Klecki nie chciał do nich wracać. Był tak zanurzony w kulturze niemieckiej, że po tej strasznej wojnie, po tym, jak musiał stamtąd uciekać, po śmierci jego rodziny w Polsce uważał zapewne tę niemieckość za coś dalece nie na miejscu, sprawiała mu ból. Właśnie dlatego, że była mu tak bliska. Pieśni pochodzą z dość wczesnych opusów, od 2 do 15, pisane w latach 20., wszystkie do niemieckiej poezji. Wcześniejsze, na pierwszej płycie, są neoromantyczne; późniejsze bardziej ekspresjonistyczne, parę ostatnich to nieledwie kabaretowe numery; później miał jeszcze zmieniać styl, skupił się też na muzyce instrumentalnej. I tak do 1943 r. – potem nie skomponował już ani nuty. Ale to, co zostało, jest wspaniałe i szkoda, by zapadło w niepamięć.

Z zupełnie innego świata i kontynentu. Alberto Ginastera, Piano Chamber Music, Andrzej Pikul, Messages Quartet, Oriana Masternak, Beata Urbanek, Ewa Menaszek, Paweł Czarakcziew, DUX. Płyta powstała z inicjatywy Andrzeja Pikula, pianisty związanego z krakowską Akademią Muzyczną, który pasjonuje się od lat muzyką argentyńskiego twórcy (1916-1983): w 2007 r. nagrał komplet jego utworów fortepianowych zebrany w dwupłytowym albumie, również wydany w firmie DUX. Muzyka kameralna z udziałem fortepianu mieści się na jednej płycie, Wcześniejsze utwory, jak liryczne Pampeany (pierwsza ze skrzypcami, druga z wiolonczelą) czy pieśni, powstałe w latach 1938-1950, są przykładem „folkloru z wyobraźni” (folklore imaginaire – to termin używany przez samego kompozytora), czyli nie opartego na oryginale, tylko go naśladującego z nadaniem własnego kolorytu (w tym sensie mazurki Chopina to też folklore imaginaire). Późniejsze dzieła, z okresu, gdy po licznych zasługach dla kraju, ale zarazem starciach z reżimem Perona, skłaniał się coraz więcej w stronę Europy, dokąd ostatecznie w 1968 r. wyemigrował na resztę życia, są już zupełnie inne, fascynująco drapieżne i dzikie, choć w pewnym stopniu nawiązujące do panującej w awangardowych kręgach europejskich stylistyki. Jednocześnie kompozytor pozostaje na swój sposób wierny muzyce swojej ojczyzny, nawiązując rytmami i obsesyjnymi powtórzeniami motywów do argentyńskich tańców, ale to już muzyka dysonansowa i ostra. Zarówno Kwintet (1963) jak i Sonata na wiolonczelę i fortepian (1979) to utwory ogromnie wyraziste, mocne. Robią wrażenie. Płyty można posłuchać tutaj.

O wiele łagodniejsza jest muzyka na tej płycie: RE:DISCOVERED, Karolina Mikołajczyk i Iwo Jedynecki, SPMK, która właśnie się ukazała (jest do posłuchania na Spotify). Zawiera mniej więcej ten program, który ten znakomity duet skrzypcowo-akordeonowy (laureat Paszportu „Polityki”) grał na festiwalu Warszemuzik parę lat temu, z paroma różnicami. Ta sama Berceuse Grzegorza Fitelberga na początek (mogę dodać informację wziętą z płyty, że jest to utwór 18-letniego kompozytora, z 1897 r. i przeznaczony był pierwotnie na kwartet smyczkowy. Aż żal, że w pewnym momencie życia porzucił kompozycję, bo słychać talent. No, ale dyrygentem też był utalentowany. Potem nie ma Wajnberga, lecz od razu Cinq pièces Aleksandra Tansmana, zgrabne i efektowne. Po nich powrót do romantycznej łagodności w Romansie op. 32 Ignacego Friedmana i kontynuacja stylistyki, ale z żydowskim akcentem, w Trois Ballades hébraïques (w oryginale na skrzypce i harfę) zapomnianego kompozytora Romana Ryterbanda (1914-1972), warszawiaka, który wyemigrował przed wojną kolejno do Szwajcarii, Kanady i Stanów Zjednoczonych. Tych dwóch utworów nie było na koncercie. Na koniec Suita polska Szymona Laksa z 1935 r., w której znajdziemy tematy autentycznych polskich pieśni ludowych – ta sielankowa atmosfera i zadziorność przypominająca Tansmana kontrastuje z naszą wiedzą o późniejszych losach kompozytora: Auschwitz, Dachau… Opisał je później, powróciwszy do Paryża. Ale to już inna historia.

Reklama