Jak styczeń, to Łańcuch
W tym roku po raz 23 (kiedy to zleciało?). Aż trzy koncerty ku czyjejś pamięci i jeden – z okazji okrągłego jubileuszu.
Dzisiejszy występ NOSPR pod batutą Alexandra Humali poświęcony był Elżbiecie Markowskiej, wieloletniej dyrektorki radiowej Dwójki oraz współzałożycielki i prezeski (2015-18) Towarzystwa im. Witolda Lutosławskiego, w piątą rocznicę jej śmierci. To było ogromne zaskoczenie, bo poszła do szpitala z jakiegoś błahego powodu i zaraziła się tam covidem. Elżbieta była jedną z tych postaci, które zrobiły naprawdę wiele dobrego w świecie muzyki. Na koncert był obecny jej mąż, reżyser Marek Nowicki.
Program nie był żałobny ani nie wiązał się z osobą Elżbiety Markowskiej, ale zawierał muzykę refleksyjną i skupioną. Na początek Contrapunctus XIX z Kunst der Fuge Bacha w opracowaniu Luciana Beria na 23 wykonawców, czyli ta ostatnia fuga, w której jeden z tematów to b-a-c-h, a która pozostała nieukończona. Dziwne to opracowanie, bo jakby w poprzek Bachowskiej polifonii: pojedyncze głosy przejmowane są przez różne instrumenty, po kawałku. A zakończenie bardzo specyficzne: rozpływa się w jakiejś zupełnie obcej harmonii.
Jako solista wystąpił tego wieczoru znakomity altowiolista Hartmut Rohde, który swego czasu stał na czele wrocławskiej orkiestry kameralnej Leopoldinum (w latach 2014-17). W zeszłym roku jednym z odkryć była znakomita muzyka Giorgia Federica Ghediniego; teraz mamy dalszy ciąg (będzie jeszcze jeden jego utwór na festiwalu). Musica da concerto z 1953 r. jest dziełem z nurtu neoklasycznego czy też może neobarokowego, śpiewnym i łagodnym. Z kolei Ballada Franka Martina na altówkę i zespół instrumentalny jest prawie o 20 lat późniejsza, ale bardzo stylem od poprzedniego dzieła nie odbiega, jednak w odróżnieniu od tamtego, napisanego wyłącznie na smyczki, jest niezwykle barwne, a w towarzyszącym soliście zespole są dęte, perkusja, harfa, klawesyn – wszystko, tylko nie smyczki. I na koniec IV Symfonia Lutosławskiego, jesienna w nastroju, wyśpiewująca swoją opowieść kolejnymi pięknymi solówkami. NOSPR grywał ją już wiele razy (łącznie z pierwszym polskim wykonaniem, w tej samej sali zresztą), więc wszystko płynęło w sposób naturalny. Piękny koncert.
Z kolei dziś w południe byłam w TWON, gdzie w Salach Redutowych odbyła się premiera spektaklu edukacyjnego Butterfly w krainie cieni, skompilowanego przez Annę Hop – jak zwykle z fantastycznymi pomysłami. Przeznaczony dla dzieciaków 10-15-letnich, trwa 50 minut i jest skrótem opery Pucciniego: ważne arie (niektóre też skrócone) z akompaniamentem fortepianu (i trochę koto), trochę odtworzeń orkiestry, narrator sklejający akcję, kilkoro tancerzy, prosta, a efektowna scenografia i kostiumy. I świetni młodzi śpiewacy z Akademii Operowej. Bardzo obiecująca para głównych bohaterów, zwłaszcza Alina Prochowska w roli tytułowej (po warszawskiej uczelni, potem studiowała w Hanowerze); Adam Walasek(też po szkole warszawskiej i Akademii Operowej) jako Pinkerton trochę może zbyt donośnie śpiewał, jakby był na wielkiej scenie, ale to też świetny materiał. Także uczestnicy Akademii Operowej Emilia Rabczak (Suzuki) i Mateusz Kulczyński (Sharpless). Powtórzenie niestety jeszcze tylko jutro (właściwie już dziś), także w południe, a nagranie spektaklu zostanie umieszczone na VOD TWON.