Same skrzypce

Doczekaliśmy się wreszcie solowego recitalu Augustina Hadelicha – i warto było czekać.

Ten obywatel świata (urodził się we Włoszech z niemieckich rodziców, a obecnie mieszka w Stanach) był już w Warszawie prawie trzy lata temu – dziś pianofil przypomniał w rozmowie, że pięknie grał I Koncert skrzypcowy Szymanowskiego; ja chyba wtedy nie do końca byłam świadoma, co to za muzyk, bo zamiast pójść na ten koncert dałam się namówić Małgosi, żonie Gary’ego Guthmana, żeby pójść tego dnia na koncert Sinfonii Iuventus posłuchać jego utworu. Dziś więc usłyszałam na żywo Hadelicha po raz pierwszy – duża rzecz.

Bardzo dawno nie było tu solowego skrzypcowego recitalu, bez udziału pianisty ani innych instrumentów. Nie jest to łatwe ani dla solisty, ani dla publiczności, ale w tym wypadku żaden problem nie istniał. Już po drugim utworze publiczność zupełnie zwariowała i nagradzała skrzypka owacjami i okrzykami po każdym utworze. A było na koncercie wielu skrzypków i innych instrumentalistów.

Program pierwszej części wydawał się dziwnie ułożony i eklektyczny. Dwie Fantazje Telemanna, pomiędzy nimi dwa utwory nikomu tu chyba nieznanego kompozytora amerykańskiego Coleridge’a Taylora Perkinsona i V Sonata „Aurora” Ysaÿe’a, a potem jeszcze dwa Kaprysy Paganiniego. Wydawałoby się – groch z kapustą. Jednak mistrzostwo solisty sprawiło, że nic takiego się nie odczuwało. Wstawienie tego kompozytora od bluesa było gestem przemyślanym: po Telemannie sala po prostu klaskała, a po Perkinsonie zaczęło się wspomniane szaleństwo, już do końca koncertu. Tutaj jeden z tych utworów. A tutaj Ysaÿe. A jak ktoś chce posłuchać 12 Fantazji Telemanna, to tu jest płyta Hadelicha.

Nagrał też całego solowego Bacha. I właśnie Partitą d-moll wypełnił drugą część koncertu. Grał barokowym smyczkiem stylowo trzymanym. Ciekawe, zabrzmiało to jakby grał dwa utwory: najpierw tradycyjne części partity, a przed Ciaconą, jakby miał właśnie wykonać inny utwór, do którego trzeba podejść bardziej odpowiedzialnie, stroił się jeszcze długo i porządnie. I zagrał ją przepięknie. Temat miał prawdziwą moc, bardzo intensywny; w absolutnym kontraście był początek środkowej części w D-dur (piano bliskie ciszy, ale ciepłym dźwiękiem), słyszalny był też smutek nagłego przejścia do części końcowej, w którym nagła zmiana trybu na minorowy sprawia, że mamy wrażenie, jakby zgasło światło. Ale zakończenie znów z mocą, krzepiące.

Hadelich gra absolutnie naturalnie, muzyka po prostu sama płynie, a poza jego osobistą wybitnością na pewno też dużą rolę tu odgrywa instrument, na którym gra, a jest to guarnerius – „Leduc” ex Henryk Szeryng. Nawet kłaniając się solista pokazywał na skrzypce, że to niby przede wszystkim ich zasługa. Wzruszyło mnie, że dostały się w odpowiednie ręce – w młodości miałam zaszczyt jeszcze być na paru koncertach Szerynga w Warszawie i zachwycać się jego idealną intonacją. Bis był tylko jeden: wolna część Sonaty C-dur. Po Bachu nie można grać nic innego, tylko Bacha.

Reklama