Op. 111
Podobno dziś, w przeddzień walentynek, jest Dzień Kochania Siebie. Żeby więc sprawić sobie przyjemność, pojechałam do Filharmonii Łódzkiej na recital Piotra Anderszewskiego.
A tak na serio, nie mogłam pojechać do NOSPR-u, w Warszawie będzie grać dopiero w maju, tymczasem strasznie już byłam ciekawa, jak się bierze do Beethovenowskiego op. 111. Najpierw zapowiadał Sonatę c-moll D 958 Schuberta, jeszcze w wywiadzie w Gramophone o niej wspominał. Ostatecznie pozostał przy tej samej tonacji, ale zmienił kompozytora – to było zaskoczenie, choć oczywiście wiadomo, że Beethoven to jeden z „jego” kompozytorów.
Najpierw jednak był Brahms, czyli ten sam zestaw utworów z późnych opusów, który mamy na najnowszej płycie. Materiał na płytę był nagrywany w paru rzutach, na recitalach całość grana jest jak jeden utwór, bezpośrednio jedno intermezzo po drugim, a że światło na sali jest przygaszone, tworzy się swoisty seans, misterium. Owszem, niektóre lżejsze w charakterze utwory są wytchnieniem, ale chwilę później jest znów coś w rodzaju ostrożnego badania czegoś, co boli, a co najmniej porusza. Tym czymś może być też sen, nawet piękny, jak Intermezzo E-dur, po którym pojawia się Intermezzo e-moll, które sprawia wrażenie, jakby ktoś poruszał się z trudem.
Dobrze, że PA w końcu odkrył późnego Brahmsa dla siebie, bo to w sam raz dla niego muzyka, momentami też wyprzedza epokę. Mnie ona zawsze poruszała i czekałam na odpowiednie wykonania, a to do nich należy. Nawiasem mówiąc, mówimy o późnym Brahmsie, ale przecież pisząc te utwory miał 59-60 lat, zaledwie o kilka lat więcej niż nasz pianista.
Beethoven pisząc swój op. 111 był od niego nawet młodszy – miał 52 lata. Również tę sonatę zaliczamy do dzieł późnych, ale przecież nie jest to w charakterze dzieło człowieka starego (uświadomił to już mi kiedyś Krystian Zimerman). Owszem, słyszy się w utworach z tego okresu przemianę związaną z coraz większą głuchotą, a w konsekwencji zamknięciem się w sobie, większą spekulatywnością i wynalazczością. Jest jednak w tych dziełach prawdziwa moc.
Anderszewski wykonał tę sonatę wcześniej jak na razie tylko w Katowicach i Paryżu (później będzie cała seria w różnych krajach Europy) i słychać, że na razie jeszcze układa się z tym utworem, a raczej z jego pierwszą częścią. Ona właśnie ma ogromną siłę, którą można przedstawić albo jako niemal młodzieńczą energię, albo jako dojrzałą stateczność – jak na razie słyszę w jego interpretacji to drugie (moim zdaniem obie wersje wydają się uprawnione). Druga część natomiast – ta, która opisana jest w Doktorze Faustusie Manna – jest w dziesiątkę: kontemplacja kiedy trzeba – w temacie Arietty czy we fragmencie z trylami i po, i energia kiedy trzeba, np. w słynnej wariacji „boogie-woogie” (zawsze się zdumiewam tą zbieżnością). Na bis też był Beethoven – Bagatela G-dur op. 126 nr 1, ale niestety publiczność, choć zafundowała pianiście stojaka, nie była na tyle wytrwała, żeby namówić go do większej ilości bisów. Z drugiej strony może to i lepiej, bo po tym koncercie był zmęczony – nie dziwię się, z akustyką tej sali trzeba niestety walczyć.