Urok Rossiniego

Jaka to przyjemność oglądać kolejną uroczą komedię pomyłek inscenizowaną w Polskiej Operze Królewskiej przez Jitkę Stokalską.

To ona również reżyserowała wystawienie Il signor Bruschino w 1979 r. pod szyldem Warszawskiej Opery Kameralnej, która wówczas jeszcze nie miała swojej sceny, pokazano więc dzieło w sali kameralnej Filharmonii Narodowej. Dyrygował Jacek Kaspszyk, scenografię przygotował Andrzej Sadowski, a przedstawienie miało duże powodzenie – jeździło po kraju i za granicę.

Dziś to już zupełnie inna zabawa. W Teatrze Królewskim w Łazienkach scenografię Wojciecha Stefaniaka uzupełniały efektowne projekcje Wojtka Kapeli, dzięki którym drzewa w tle poruszały się na wietrze, a Rafaelowskie amorki przewracały oczkami. A przy tym bardzo precyzyjny i efektowny jest ruch sceniczny; reżyserka zaprosiła do niego Annę Hop, z którą mają podobne poczucie humoru. Bo to ono jest najważniejsze u Rossiniego. Poza oczywiście śpiewem.

Co zaś do śpiewu, miałam możność obejrzeć drugą obsadę (pierwsza premiera była w piątek), co zresztą było interesujące, bo większości z młodych solistów nie znałam. Z wyjątkiem Pawła Michalczuka, który związany jest z tą sceną już od kilku lat i ma za sobą naprawdę udane kreacje. Tak było i teraz, co tym bardziej imponujące, że musiał śpiewać na obu premierach, i to główną rolę Gaudenzia. To nie tylko świetny głos, ale też vis comica. Sympatycznie wypadła młoda para amantów: Sofia (Maria Olender) i Florville (Jacek Szponarski), a także ojciec Bruschino – Kamil Zdebel. Młody był też dyrygent – Karol Szwech. Zmiana pokoleń następuje, pojawiają się nowe, ciekawe głosy, ale co do reżyserii, to Jitka Stokalska pozostaje niedościgłą mistrzynią tego komediowego gatunku.

Reklama