Kobieta bez (własnego) głosu
Kobieta bez cienia Richarda Straussa to rzecz wyjątkowo trudna i pod względem treści, i do wykonania. Nic więc dziwnego, że najnowsza premiera tego dzieła w Operze Narodowej jest dopiero drugą w powojennej Polsce.
Poprzedni raz pokazano ją we Wrocławiu w 2009 r. Hans-Peter Lehmann, który ją wówczas reżyserował, zrobił to dość minimalistycznie (podobnie jak wcześniej Pierścień Nibelunga w Hali Stulecia). Mariusz Treliński, który pokazał właśnie w Warszawie spektakl wystawiony wcześniej w Lyonie, nie jest zwolennikiem takiej prostoty. Jak zawsze ważna była rola obrotówki, znów pojawiła się łazienka z kafelkami (jak np. w Manon Lescaut, tyle że tam kafelki były w metrze), powracał też kilka razy motyw podcinania sobie żył przez jedną z bohaterek (tu przypomina się Orfeusz Glucka z tnącą się Eurydyką albo Ognisty anioł).
Po prawdzie jest to tekst, z którym nie bardzo wiadomo, co dziś zrobić (i nad którym Hofmannsthal strasznie się męczył). Najlepszy chyba pomysł rzuciła prof. Ewa Łętowska – że można było zrobić z tego aluzję do Ordo Iuris. To się wręcz narzuca przy tym paskudnie patriarchalnym libretcie – kobieta staje się człowiekiem dopiero kiedy staje się matką, mąż musi okiełznać żonę, słychać chóry nienarodzonych dzieci itp. Usprawiedliwienie dla takiej tematyki i promocji rozrodczości można wytłumaczyć wojną (pierwszą światową) i potrzebą uzupełnienia substancji narodowej. Dziś właściwie nawet wojny nie potrzeba, żeby w takich krajach jak nasz dzietność dramatycznie spadła, więc też jest to jakoś na czasie.
W tym spektaklu, dość mrocznym, mamy raczej próbę wgłębiania się w psychikę głównych bohaterek, zwłaszcza Cesarzowej, która przechodzi przemianę, wychodzi z depresji i staje się empatyczna. Ale prawdę mówiąc to jest dointerpretowanie – niewiele można powiedzieć o jej psychice. To przypowieść, w której postaci, jak to w przypowieściach, są schematyczne. A już zwłaszcza kobiety, które nawet nie mają imion, a cóż dopiero własnego głosu – kiedy Żona Baraka próbuje go mieć, dostaje za to po uszach (i ostatecznie jej się to podoba).
Muzyka jest piękna, ale ogromnie trudna, zawiera w sobie niespodzianki stylistycznie – obok łagodnie mieszczańskich, tonalnych fragmentów są i dzikie, dysonansowe. Da się też wysłyszeć echa Wagnera – jeden z głównych tematów to właściwie literalnie Unmuthmotiv z Walkirii. Partie wokalne są karkołomne i dlatego ważne jest, by wykonywali je soliści, którzy naprawdę umieją śpiewać Straussa. Tymczasem już na wstępie ogłoszono, że grająca Cesarzową Annemarie Kremer jest niedysponowana (parę osób, które słyszały ją w innych okolicznościach, twierdzą, że bez tej niedyspozycji nie byłoby dużo lepiej), a bez porządnej Cesarzowej właściwie nie ma przedstawienia. Lindsay Ammann (Mamka) miała najbardziej karkołomne zadanie, z którego wywiązywała się chwilami lepiej, chwilami gorzej. Najgorzej było z Żoną Baraka – Lise Lindström, którą pamiętam jeszcze z tutejszego Holendra z 2012 r. i już wtedy krzyczała zamiast śpiewać; parę lat temu słyszałam ją w Dreźnie, ale nic nie było lepiej; dziś było to po prostu nieznośne, zwłaszcza że ma dużo do śpiewania. Lepiej sprawdzili się panowie, zwłaszcza Tadeusz Szlenkier (Cesarz), który w ostatnich kilku latach zrobił ogromne postępy; Estończyk Lauri Vasar (Barak) miał całkiem ładną barwę. Chóry niestety nie śpiewały czysto, za to orkiestra pod batutą Bassema Akikiego grała przyzwoicie, choć w Straussie chciałoby się chwilami więcej miękkości i niuansów. No, ale to już zależy od dyrygenta.
Komentarze
To szkoda. Mam na to bilet na 28.02, może po kilku spektaklach coś tam się rozrusza. Oby!
Po raz kolejny okazuje się, że klasyka repertuaru operowego jest poza możliwościami profesjonalnej realizacji nawet na najważniejszej scenie operowej w dużym kraju w środku Europy. W 2024 roku widziałem „Kobietę” w nieodległym Dreźnie pod dyrekcją Christiana Thielemanna. Uczta!
@muzon ta klasyka repertuaru operowego jest też poza możliwościami profesjonalnej realizacji nawet w teatrach w Niemczech. Zazdroszczę wysłuchania dobrego wykonania, mi się to nigdy nie udało. „Kobieta bez cienia” ma nie tylko jeden z najbardziej wymagających castów w repertuarze operowym, ale i orkiestra musi pokazać pazur i liryzm. I choć Bassem Akiki na naszej mapie dyrygenckiej zajmuje dość wysokie miejsce to nie jest specjalistą od niemieckiego repertuaru. Wybrałam się tydzień temu na koncert Wielkie głosy podczas którego orkiestra Opery Narodowej wielokrotnie nie weszła na raz równo, a uwertura z Nabucco to było takie umpa umpa….Potem we foyer słyszałam, że Pucciniego zagrali ładnie. Przecież od pierwszej sceny operowej w kraju, dotowanej milionami z publicznych pieniędzy, oczekuje się równego, wysokiego poziomu. Dlatego przewidując to, co napisała Pani Kierowniczka plus moje ostatnie doświadczenie odpuściłam sobie premierę „Kobiety bez cienia”,
@Takablada
Mnie się zdarzyło parę razy usłyszeć dobre wykonanie tego dzieła, ale faktycznie jest to rzadkie. Będą grali „Kobietę” tego lata na festiwalu w Aix-en-Provence w reżyserii Barrie Kosky’ego i pod dyrekcją Klausa Mäkelä (Orchestre de Paris). Wygląda na atrakcyjne wykonanie, mam już nawet bilet. Są tanie loty bezpośrednie do Marsylii z Wrocławia.
A to link do imprezy:
https://festival-aix.com/en/programmation/opera/die-frau-ohne-schatten
O, no rzeczywiście Barrie Kosky może mieć na to fajny pomysł 😉 Może być naprawdę ciekawie. Tylko zatrudnić odpowiednie głosy. Co do Bassema, całkowicie się zgadzam z Takąbladą, on raczej jest nie od muzyki niemieckiej.
Głosy świetne: Mikneviciute i Spyres jako para cesarska oraz Stemme jako Mamka.
Całkowicie off topic, ale ważne:
https://www.facebook.com/reel/1302305498402289?locale=pl_PL
Cóż…
Temat rzeka. Od faktu, że TW-ON pochłania niewspółmierne środki publiczne (dotacja jest dokładnie na poziomie Deutsche Oper Berlin) do poziomu artystycznego i repertuarowego, który proponuje po nadmierną koncentrację wydatków na kulturę i centralizację prestiżu w Warszawie.
Nie wiem co w tej Operze Narodowej jest nie tak, że przy tak gigantycznym budżecie operacyjnym tak rzadko mam ochotę pokonywać kilkaset kilometrów żeby tam coś obejrzeć. Fakt byłem ostatnio na premierze baletowej „Prometeusz”, który pod względem wykonania mnie zachwycił (bo już samą koncepcją było różnie). Może więc chociaż balet mamy w tej ON porządny? Bo nie ukrywam poziom wykonawczy tej premiery był na europejskim poziomie. A pózniej przychodzi tak wielkie wydarzenie jak premiera „Kobiety bez cienia” i czytam w recenzjach o śpiewaczce, która śpiew pomyliła z wrzaskiem. A miało być po Dąbrowskim z Trelińskim już tylko lepiej.
Pozdrawiam państwa.
Balet mamy naprawdę porządny, co do tego nie ma wątpliwości.