Nie tylko Orliński
Cztery godziny muzyki plus pół godziny przerwy sprawiły, że po powrocie do domu wbrew tradycji nie napisałam od razu o Giulio Cesare Haendla w Filharmonii Narodowej. Nadrabiam to teraz,
Tutejszy występ Il Pomo d’Oro (i drugi jutro, czyli we środę) to część tournée zespołu z tym dziełem po ważnych estradach Europy: od Theater an der Wien przez paryski Théâtre des Champs-Élysées, amsterdamska Concertgebouw, hamburska Elbphilharmonie, madrycki Teatro Real, a po Warszawie jeszcze Essen. Wygląda na to, że będzie z tego płyta – w Warszawie rzecz nagrywano, w związku z tym poproszono o nieklaskanie po ariach (i świetnie, bo wszystko trwałoby jeszcze dłużej). Na razie można tylko posłuchać nagrania z Hamburga – tyle że z Sandrine Piau w roli Kleopatry, która co prawda też śpiewa pięknie, ale nie jest tak uwodzicielska jak Sabine Devieilhe (czego się na płycie niestety nie zobaczy).
Giulio Cesare to jedno z tych dzieł Haendla, które jest nieustającą listą przebojów, więc nawet jeśli, jak wczoraj podczas pierwszej części koncertu (druga była zdecydowanie krótsza), siedzi się bez przerwy dwie i pół godziny – przyznam, że pod koniec już wszystko mi ścierpło – to człowiek nie nudzi się ani przez chwilę, zwłaszcza przy takim wykonaniu. Całość prowadził od klawesynu tym razem Francesco Corti, pierwszy gościnny dyrygent zespołu – tak ogniście, że tym bardziej nie odczuwało się upływu czasu; w zespole wyróżniały się też solówki, np. rogu w arii Cezara, w której mowa o polowaniu, czy skrzypiec (niezawodna Zefira Valova) w słynnej arii z ptaszkami (ptaszki też były, a jakże).
Zapewne niemała część publiczności przybyła głównie na swojego ulubieńca Jakuba Józefa Orlińskiego. I nie zawiódł, zwłaszcza pod koniec (wszyscy zresztą byli coraz lepsi, w drugiej części nawet lepsi niż w pierwszej, czego osoby, które wyszły wcześniej, mogą żałować). Ale czołowymi atrakcjami były też inne głosy, zwłaszcza te damskie. Wspomniana Sabine Devieilhe bywała już nieraz w Polsce (po raz pierwszy w 2011 r. na Poznań Baroque), ale w Warszawie bodaj jeszcze nie śpiewała. Z początku wydawało się, że jest poniżej swojej formy, ale rozśpiewała się i już takie hity jak V’adoro, pupille, Piangero la sorte mia i inne to była po prostu koronkowa robota. Ją znałam już wcześniej, ale pozostałe panie to była dla mnie niesamowita niespodzianka i rewelacja. Beth Taylor (Kornelia) już sam w sobie głos ma cudowny, ciepły i miękki, ale jeszcze jak potrafi nim operować! Kiedy potrzeba, nadawać mu dramatyzmu, mocy, nawet agresywności (wszystko oczywiście w ramach artystycznego smaku). Również druga Brytyjka, Rebecca Leggett, o uroczym, jasnym głosie, świetna była w roli dzielnego młodzieńca Sekstusa.
Kontratenorem w roli negatywnej Ptolemeusza był ukraiński śpiewak Yuriy Mynenko, który lepsze wrażenie sprawia w momentach lirycznych (akurat w tej partii ma ich niewiele), ale też skalę ma wyraźnie szerszą niż Orliński. Trzeci kontratenor, młody Rémy Brès-Feuillet, miał niedużą, ale sympatyczną rolę (Nirenus); znakomity był bas – Alex Rosen, w niejednoznacznej roli Achillasa; plus jeszcze baryton Marco Saccardin w pobocznej roli Curia.
W sumie warto było, choć zdaję sobie sprawę, że ceny biletów dla wielu były zaporowe. Z jednej strony chciałoby się, żeby mając te ceny zachodnie zarabiać również po zachodniemu. Z drugiej jednak, jak widać, są i tacy, których stać. W sumie sala nie była całkiem pełna, ale wstydu nie było (ludzie przesiadali się z gorszych miejsc na lepsze, i słusznie, skoro były puste). We środę pewnie będzie podobnie.
Komentarze
Byłem na tym w Hamburgu. Gwiazdą wykonania w Elbphilharmonie była Sandrine Piau, która chyba zresztą zastąpiła śpiewaczkę, która przyjechała do Warszawy na nagranie (a może od początku Piau była zakontraktowana na część trasy nie wiem). Zaskoczony byłem, że Sandrine jest wciąż w tak wysokiej formie wokalnej. Miałem zresztą wrażenie, że o stylu wiedziała z całego grona najwięcej.
W Operze w Lipsku mają w repertuarze tę operę w fenomenalnej reżyserii Damiana Michieletto i tam Yuriy Mynenko wykonuje partię Juliusza Cezara (wspaniale!). Spektakl doskonały, był też grany w Operze Paryskiej. W czerwcu będą jeszcze trzy spektakle. Tu link:
https://www.oper-leipzig.de/de/programm/giulio-cesare-in-egitto/584
Było właśnie tak, jak Pani Kierowniczka pisze.
Dodam: przedstawienie zostało niezwyczajnie ciepło przyjęte, owacja totalnie na stojąco od pierwszej chwili. Po części sprawił to końcowy duet Cezar-Kleopatra (nie warto szukać tu odpowiednio entuzjastycznych przymiotników, rzeczywiście wszyscy śpiewali coraz lepiej z upływem czasu).
Dodam też, że siedząc blisko mogłem dostrzec, iż Kleopatra, czyli pani Devieilhe, to świetna aktorka, uwodząca przekonująco Cezara (którego miłość z kolei była bardziej deklaratywna niż zagrana.) Pozostałe role były dopracowane raczej muzycznie.
W końcu Il Pomo d’Oro to duża klasa, precyzja, brzmienie, mgiełka muzyki w pianach eksponująca solistów.
Ja myślę, że ta owacja na koniec eksplodowała tym bardziej, że przez cały koncert nie można było wyrażać entuzjazmu, więc się nazbierało 🙂
Byłem w środę. Sala byłe pełna, przynajmniej do końca pierwszej części.
To było jedno z najwspanialszych widowisk muzycznych, jakie widziałem w ostatnich latach. Artyści zdarli patynę z wiekowego dzieła ofiarując słuchaczom splendor, świeżość i radość tej muzyki. Entuzjazm publiczności był szczery. Oby więcej takich wydarzeń.
O! Dawno niewidziany Art63. Pozdrawiam 🙂
Nie na temat.
Zostalem zaskoczony. Ale moze jestem niedoukiem, a Panstwo dobrze to znaja.
The Singapore Symphony and its music director Hans Graf present a recording of Józef Kozlowski’s Requiem, together with the Singapore Symphony Chorus & Youth Choir, as well as a quartet of outstanding soloists: Olga Peretyatko (soprano), Olesya Petrova (mezzo-soprano), Boris Stepanov (tenor) and Christoph Seidl (bass). The Requiem (1798) was commissioned to Kozlowski by the abdicated King Stanislaw of Poland, and can be perceived as a requiem not just for the monarch, but for the entire Polish nation, absorbed by the Russian state during the 1780s. Interestingly, the work was also heard during the funeral of Tsar Alexander I of Russia, in a different version with heavier orchestration and choruses for more drama. The current recording uses a new edition created by conductor Graf himself, realizing the intimate character of the original 1798 version. Composed just 7 years after Mozart’s famous Requiem, the work is rooted in Viennese Classicism, yet also adumbrates nineteenth-century developments, with a subtle Slavonic tinge. This revival is a gem to anyone interested in music from the early Romantic era.
https://www.youtube.com/watch?v=iIxhz2hIGKY
PENTATONE