Rosja znów wraca

…do Filharmonii Narodowej. Tym razem trochę pośrednio, za sprawą Francuza, białego emigranta i polskiego Żyda.

Jak to jednak pańskie oko konia tuczy. Dziś prowadził orkiestrę Krzysztof Urbański i widać było, że muzykom naprawdę chce się grać, było nad podziw precyzyjnie, bez kiksów, nie było zbyt ciężko (może trochę zagłuszali solistę w koncercie Rachmaninowa). Można było nie poznać tego zespołu.

Na początek barwna, hałaśliwa Maslenitsa Guillaume’a Connessona (rocznik 1970), nawiązująca do święta z kręgu kultury prawosławnej (kompozytor pisuje poematy symfoniczne – obrazki z różnych krajów Europy – napisał także włoski i niemiecki). Prawdę mówiąc Pietruszka Strawińskiego był bardziej oryginalny, ten utwór zaś jest właściwie neoklasyczny, ale słuchało się go bez bólu – po prostu efektowny fajerwerk, pasujący do osobowości dyrygenta.

II Koncert fortepianowy Rachmaninowa to po prostu bezczelny kicz i trzeba naprawdę znakomitego, rozumnego i wrażliwego pianisty, by kiczu w tym nie było. I taki właśnie był Boris Giltburg. Na zeszłorocznym festiwalu w Dusznikach jego Chopin był dyskusyjny, ale w Rachmaninowie znakomicie się sprawdził. Jego wirtuozeria miała w sobie lekkość i polot, nie było cienia sentymentalizmu, ale też nie było bez emocji. Lubię takiego Rachmaninowa. A jeszcze na bis zagrał Preludium G-dur, jedno z moich ulubionych – jakoś zgadłam, że właśnie nim będzie bisował, bo to najbardziej pasowało po tym koncercie: zostać przy kompozytorze, ale całkowicie zmienić nastrój. Kilka lat temu nagrał komplet jego preludiów; tutaj ciekawie o nich pisze.

W drugiej części – III Symfonia Mieczysława Wajnberga z 1950 r. To był niedobry czas, między zamordowaniem jego teścia Salomona Michoelsa a jego własnym aresztowaniem. Czas antysemicki, nic dziwnego, że w tej akurat symfonii nie ma motywów żydowskich, za to są rosyjskie i polskie (w tym samym roku powstały też znane Melodie polskie). Bardzo rosyjski jest pierwszy temat I części, i ta rosyjskość jest zupełnie nieszostakowiczowska. Polska jest część druga pełniąca rolę scherza, którego środkowy fragment oparty jest na piosence Umarł Maciek, umarł (ciekawe, że ulubił sobie tę melodię również Aleksander Tansman, który umieścił ją w kilku swoich utworach), a w finale tematy rosyjskie ścierają się z polskimi. Melodie często mają charakter pastoralny, są dość lekkie, a jednak często pod spodem słyszy się niepokój, jak w niesamowitym fragmencie końcowym części I – Wajnberg był mistrzem zamierających finałów. Muszę powiedzieć, że orkiestra mi naprawdę zaimponowała: zmobilizowała się całkowicie i nie dałoby się temu wykonaniu niczego zarzucić. Oby tak częściej. Oczywiście nie muszę mówić, że Krzysztof Urbański wszystkim dyrygował z pamięci.

Reklama