Kochamy Mahlera

Nie pamiętam, kiedy widziałam Studio im. Lutosławskiego tak pełne (były pojedyncze wolne miejsca, ale bilety zostały wyprzedane). Czy chodziło o Mahlera, czy o Yaroslava Shemeta?

Niektórym na pewno o jedno i drugie – są tacy, co pielgrzymują za tym młodym dyrygentem do obu jego miejsc pracy – Filharmonii Śląskiej i Opery Bałtyckiej. Ale symfonie Mahlera same w sobie też są kochane przez publiczność. A jeśli ktoś nawet nie widział Shemeta w akcji, mógł słyszeć legendy o jego Mahlerze – jako pierwszy od dawna dyrygent w Polsce poprowadził z Filharmonią Śląską wszystkie jego symfonie. Ja byłam niestety tylko na dwóch, więc dziś nadrobiłam jeszcze dwie, choć z inną orkiestrą.

Właśnie znalazłam świadectwo dawnych czasów: moje własne zdanie podczas jednego z poprzednich Konkursów im. Fitelberga, że Filharmonia Śląska, która jest organizatorem i konkursową orkiestrą, nie powinna się w ogóle zabierać za Mahlera. I oto moja relacja z VI Symfonii 12 lat później. Ten niebywały po prostu progres zespół zawdzięcza swojemu dyrygentowi-szefowi. Byłam też na Symfonii tysiąca w Spodku, ale to był raczej duży happening niż koncert, choć muzycznie dyrygent wyciągnął z tego, co się dało.

To jest orkiestra, którą już ukształtował. A co z Orkiestrą Polskiego Radia, którą prowadził dziś? Jeszcze by się jej szlif przydał, choć jest w niezłym stanie. Ale do dużego składu trzeba było jeszcze dopożyczyć muzyków, no i były różne rzeczy nieprecyzyjne, zwłaszcza w Adagiu z X Symfonii: trochę kiksów w waltorniach (choć nawet mniej niż się spodziewałam), altówki w solowym unisonowym fragmencie nie stroiły między sobą, a pikulina w zakończeniu była pod dźwiękiem. W I Symfonii brzmieli już lepiej. Ogólnie jednak musiało się to skończyć stojakiem i wielkimi brawami. Myślę, że jeszcze parę prób i te niedoróbki też by się dopracowało, zwłaszcza że orkiestrze naprawdę się chciało grać. Koncertmistrz Marcin Markowicz powiedział nawet po koncercie, że byli już „na głodzie” mahlerowskim – myślę, że on na pewno, bo to jego ukochany kompozytor.

Każdą z części zapowiadał Marcin Majchrowski. Mówiąc o Adagiu, zwrócił uwagę na straszny, szokujący akord pod koniec. Ja natomiast – wydaje mi się, że musiałam o tym już kiedyś tu wspomnieć, ale nie mogę tego znaleźć – zauważyłam swego czasu, że to coś takiego jak w wolnej części V Symfonii Prokofiewa (w tym nagraniu 29:12) i nawet się zastanawiałam kiedyś, czy Prokofiew świadomie nawiązał do Mahlera, czy to przypadek. Jedno nie jest przypadkiem: ten akord jest przeczuciem czegoś strasznego. U Mahlera – wiadomo czego, u Prokofiewa też; po prawykonaniu V Symfonii dostał udaru.

Reklama