Kameralnie
Jeden dzień odpoczynku od orkiestr na Festiwalu Beethovenowskim – wystąpiło dziś Sitkovetsky Trio. Piękny koncert.
Alexander Sitkovetsky wśród wielu różnych zajęć jest obecnie szefem artystycznym orkiestry Leopoldinum przy NFM. Ale do Warszawy przyjechał nie z orkiestrą, ale z dwójką kolegów ze szkoły Menuhina. Przedstawiciel muzycznej dynastii (trochę o niej tutaj) trzyma jej poziom, co nie zawsze się udaje (np. u Ojstrachów było z pokolenia na pokolenie gorzej). Oczywiście pomaga mu, że gra na stradivariusie, ale naprawdę potrafi grać. Również wiolonczelista, Isang Enders (matka Koreanka, ojciec Niemiec), gra intensywnie, z uczuciem, i właściwie ich muzykowanie głównie polegało na rozmowie obu instrumentów smyczkowym; trochę w tle trzyma się pianistka chińska Qian Wu. Prawdę mówiąc brakowało mi za klawiaturą jakiejś większej osobowości; nie musiałby to być Menachem Pressler, którego „słodka tyrania” nadawała kształt każdemu kolejnemu składowi Beaux Arts Trio, a którego dziś wspominałam słuchając Tria H-dur Brahmsa (III część, którą pamiętam z wykonania sprzed lat w S1, zupełnie otchłanna), ale żeby przynajmniej była to osobowość równa smyczkowcom.
Dawała jednak radę i w sumie usłyszeliśmy świetne wykonania tegoż Brahmsa i Geistertria Beethovena, a pomiędzy nimi sympatyczne Trio a-moll francuskiej kompozytorki Cécile Chaminade, trochę w stylu Francka, Chaussona czy Faurégo. Dobrze, że ostatnimi czasy przypomina się zapomnianą twórczość kompozytorek. O niej akurat zapomniano, bo w jakimś momencie zatrzymała się na tej stylistyce, kiedy świat już poszedł dalej – żyła długo, bo 87 lat. Ale przez pewien czas była naprawdę ceniona – jako pierwsza w historii muzyczka otrzymała Legię Honorową. Była też pianistką koncertującą na całym świecie, także z własną muzyką. Jednak i tak była do tyłu – konserwatywny ojciec uważał, że mimo jej talentu nie należą się jej jako kobiecie studia w konserwatorium, więc uczyła się prywatnie – dlatego też było łatwiej ją deprecjonować jako rzekomą amatorkę i autorkę „muzyki salonowej”. Owszem, bardzo dużo takiej pisała, ale przecież nie tylko. Stworzyła nawet operę. A ten utwór bardzo lubią fleciści.
Utwór Chaminade, jak się okazuje, został poniekąd podpowiedziany przez redakcję pisma „Elle”, która patronowała wydarzeniu i poprosiła o obecność w programie utworu kompozytorki. Może by wprowadzić taką nową świecką tradycję? Jest dużo kompozytorek wartych przypomnienia.
Komentarze
Wczoraj na UMFC również bardzo ciekawy koncert kameralny: Amit Peled & Martin Labazevitch, którzy zdaje się, mają teraz małą trasę po Polsce. M.in. II sonata wiolonczelowa Wajnberga, przed którą Peled wygłosił miniwykład z przykładami wątków autobiograficznych w utworze. Na bis zagrali żydowską modlitwę Blocha, dedykując ją małżeństwu Pendereckich. Szkoda że publiczność nie dopisała, ale konkurencja ze strony festiwalu spora. Za to bilety tańsze.
No faktycznie, szkoda, że tego samego dnia – gdyby nie było konkurencji, chętnie bym na ten koncert poszła.