Balety (i nie tylko) rosyjskie
Filharmonia Narodowa jest na tournee w Japonii z laureatami Konkursu Chopinowskiego, a dziś w jej siedzibie gościliśmy Filharmonię im. Janáčka z Ostrawy.
Jej dyrektorem artystycznym jest obecnie znany nam dobrze z Łodzi Daniel Raiskin, ale dziś przyjechała ze znakomitym dyrygentem francuskim Pierrem Bleusem, obecnym dyrektorem muzycznym Ensemble Intercontemporain. Niestety, choć pierwsza część koncertu była bardzo ciekawa i nawet przyzwoicie wykonana, to druga już nie (choć muzycy zostali nagrodzeni stojakiem – pewnie dlatego, że publiczność stęskniła się już za Obrazkami z wystawy).
Ballets Russes Siergieja Diagilewa były źródłem powstania dwóch pierwszych utworów. Młody, 24-letni Siergiej Prokofiew w paru latach przedrewolucyjnych eksplorował Europę, odwiedził Londyn i Paryż. Gdy spotkał się z Diagilewem, ten zamówił u niego balet, który, jak się wydaje, miał zdyskontować niedawny kontrowersyjny succès de scandale odniesiony przez ich rodaka, Igora Strawińskiego, Świętem wiosny. Czyli tematyka miała również odnosić się do wierzeń pogańskich. Prokofiew napisał do libretta Siergieja Gorodeckiego rzecz odnoszącą się do wyimaginowanej mitologii Scytów, ludu z południowej Rosji, o którym w gruncie rzeczy nie wiadomo nic. Jednak muzyka baletowa pt. Ala i Lollij została odrzucona przez Diagilewa, który uznał ją za zbyt ciężką. Słuchając można to zrozumieć, ale Suita scytyjska, która na kanwie tej muzyki powstała, jest niezwykle efektowna po prostu jako utwór symfoniczny. Ma w sobie mnóstwo energii i mocy. Zwłaszcza finał to już taki typowy prokofiewowski marsz. Suita nie jest zbyt często grywana, więc tym bardziej warto było jej posłuchać. Kolejne balety, jakie Prokofiew napisał dla Diagilewa, zostały już przez niego wystawione; były to: Gracz, Stalowy krok i Syn marnotrawny.
Claude Debussy, gdy napisał Jeux, miał mniej więcej dwa razy tyle lat, co Prokofiew w momencie pisania swojego pierwszego baletu. Było to dwa lata wcześniej, w tym samym 1913 roku, w którym odbyła się premiera Święta wiosny – dosłownie dwa tygodnie przed nią. Oczywiście premiera Debussy’ego została przyćmiona, bo też temat był błahy, a muzyka zupełnie z nim nie współgrała. Niżyński wymarzył sobie młodych sportowców-tenisistów w białych strojach. Pamiętam, że zwiedzając w 2010 r. w londyńskim Muzeum Wiktorii i Alberta wspaniałą wystawę poświęconą Baletom Rosyjskim zdumiałam się oglądając kostiumy Leona Baksta do tego przedstawienia, bo znając tę delikatną, impresjonistyczną muzykę trudno jedno do drugiego przypasować. Teraz można to zresztą zobaczyć na YT.
Oba utwory zostały wykonane przyzwoicie, choć trochę wybijały się dęte o zbyt ostrym brzmieniu. Ale piony akordowe były równe, precyzyjne. Tym większy był zawód w drugiej części. Obrazki z wystawy Musorgskiego/Ravela zabrzmiały w sposób boleśnie toporny, poczynając od pierwszego zbyt głośnego wejścia trąbki w Promenadzie. A już szczytem wszystkiego było „zagotowanie się” tubisty w Bydle, do tego stopnia, że w ogóle przestał grać melodię. Dyrygent zrobił jedyną rzecz możliwą: przerwał i poczekał, aż muzyk wyleje wodę. Melodia wróciła, ale i tak z kiksem pod koniec.
Tak szczerze mówiąc jak zobaczyłam owację publiczności po Wielkiej Bramie Kijowskiej, zrobiło mi się przykro, tym bardziej, że w Kijowie dzieją się teraz zupełnie inne, straszne rzeczy. Wiem, że Musorgski temu nie winien, ale… chyba wolałabym, żeby Orkiestra im. Janáčka zagrała coś Janáčka. No, ale kto wie, czy nie przyszłoby mniej ludzi.