Na Dzień Pamięci

Dziś Dzień Pamięci o Holokauście (rocznica wyzwolenia Auschwitz), więc odpowiedni moment na napisanie o wstrząsającej książce, która właśnie ukazała się nakładem „Znaku”. Dobrze, że się ukazała, ale niestety będzie i łyżka dziegciu.

Po polsku wyszła pod tytułem Trzeba było grać, ale tytuł oryginału brzmi po prostu: The Women’s Orchestra of Auschwitz. Napisała ją Anne Sebba, brytyjska dziennikarka i biografka, autorka książek, których bohaterkami są kobiety, często postaci kontrowersyjne: Jennie Churchill, Wallis Simpson, Ethel Rosenberg. Ta książka jest o wielu kobietach: o grupie więźniarek Auschwitz grających w orkiestrze założonej z inicjatywy nadzorczyni Marii Mandel, która była bestią ludzką, ale przy tym melomanką. Słyszy się być może więcej o orkiestrze męskiej, której dyrygentem był przez pewien czas wspomniany przeze mnie ostatnio Szymon Laks; jego wspomnienia pt. Gry oświęcimskie wydało kiedyś Muzeum Auschwitz-Birkenau. Męska powstała wcześniej, na początku 1941 r.; kobieca dopiero w 1943. Tutaj o orkiestrach ze strony muzeum. Kobieca miała to do siebie, że nie było tam prawie dętych (z wyjątkiem fletów) ani np. kontrabasów, za to były akordeonistki, gitarzystki, mandolinistki. No i oczywiście skrzypce i wiolonczele. Można sobie wyobrazić, jaka kakofonia z tego wychodziła, zwłaszcza że instrumentalistki były na bardzo różnym poziomie, przy tym zmaltretowane, a ich rolą było przede wszystkim przetrwać.

Pierwszą kapelmistrzynią była Polka Zofia Czajkowska, ale w pewnym momencie kierownictwo przejęła prawdziwa gwiazda: skrzypaczka, siostrzenica Mahlera, która wzięła imię po jego żonie, a swojej matce chrzestnej, a jej ojcem był koncertmistrz Opery Wiedeńskiej – Alma Rosé. Już przed wojną założyła orkiestrę kobiecą, a pracę w Auschwitz potraktowała jako rodzaj misji: z jednej strony wyśrubować poziom, z drugiej – ocalić jak najwięcej więźniarek, zwłaszcza rodaczek. Niestety nie dożyła końca wojny; zmarła prawdopodobnie od trucizny. Ostatnia kapelmistrzyni nie dała się tak poznać, zresztą już niedługo potem członkinie, jak inni więźniowie, zostały popędzone w marszu śmierci. Polki trafiły do Ravensbrück, Żydówki do Bergen-Belsen. Część przeżyła, a niektóre dożyły późnej starości: wciąż żyje Anita Lasker-Wallfisch, wiolonczelistka, Wrocławianka, współzałożycielka English Chamber Orchestra i matka wspaniałego wiolonczelisty Raphaela Wallfischa (w zeszłym roku ukończyła 100 lat), jako stulatki zmarły skrzypaczka Hilde Grünbaum, śpiewaczka Eva Steiner, mandolinistka Zipi Spitzer, a Polka Helena Dunicz-Niwińska, która w orkiestrze była skrzypaczką, a po wojnie pracowała w PWM, dożyła lat 103. Muzeum Auschwitz-Birkenau wydało również jej wspomnienia Drogi mojego życia.

Na okładce Znak napisał: „Pierwszy reportaż o dziewczęcej orkiestrze z Auschwitz”. Oczywiście nie jest to reportaż, lecz bardzo porządnie zrobiona monografia – autorka przekopała się przez wszelkie możliwe źródła, a także sama zdążyła jeszcze porozmawiać z Hildą Grünbaum i Anitą Lasker-Wallfisch. Temat potraktowała bardzo osobiście, ponieważ jej ojciec Eric Rubinstein jako brytyjski dowódca czołgu dotarł wraz ze swoim oddziałem do Bergen-Belsen zaraz po jego wyzwoleniu i to, co tam zobaczył, nie dało mu spać przez resztę życia. Lektura książki jest ciężka, nie oszczędza nam opisów bestialstw. Ale dobrze jest przeczytać coś solidnie zrobionego, nie jakieś kolejne powieścidło w paski, na które od jakiegoś czasu jest moda (o kobiecej orkiestrze też powstało). W Muzeum Polin też parę lat temu zajmowano się tym tematem.

Wspaniale więc, że książka wyszła, ale nie obeszło się bez zgrzytów. Co do terminologii muzycznej, po skandalicznym tłumaczeniu wspomnień Zuzany Růžičkovej już nic mnie w Znaku nie dziwi (np. co to znaczy „orkiestra posiada kolekcję bez mała dwustu pasaży”?!). Na szczęście akurat terminów muzycznych jest tu niewiele, za to zadowolony z siebie tłumacz nie omieszkał dodać kilku nikomu niepotrzebnych przypisów. Wymienię jeden: kiedy Hilda Grünbaum, która większość życia spędziła w Izraelu, wspomina Almę Rosé, która była surową kapelmistrzynią, i mówi, że była jak sabra, czyli owoc opuncji: z wierzchu kolczasta, w środku słodka, p. Dawid Czech dodaje: „Od nazwy tej rośliny wzięło się określenie używane przez ruchy syjonistyczne z pierwszej połowy XX wieku w odniesieniu do ideału nowego Żyda, mężnego osadnika i obrońcy ojczyzny, przeciwstawianego słabowitemu i tchórzliwemu Żydowi z diaspory. Paradoksalnie przybliżało to mitotwórcze działania rodzącego się wówczas Izraela do nazistowskiej propagandy, a samą figurę sabry – do Übermenscha”. Żeby wpaść na pomysł takiego porównania, trzeba być zoologicznym antysemitą. Może przez jakiś czas na diasporę patrzono jak na wstydliwe dziedzictwo, ale przecież to Żydzi z diaspory budowali ten kraj, następne pokolenia dopiero się rodziły. Określenie sabra oznaczało właśnie tylko tyle: z wierzchu kolczasty, w środku słodki, nic więcej. Ale pan tłumacz nie oparł się okazji, by skleić Izrael z nazizmem. Jeszcze jest parę podobnych kwiatków, ale nie miejsce tu na wyliczanie wszystkiego.

Znamienne też, że Znak wydał jednocześnie wspomnienia anonimowego Palestyńczyka pt. Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy (w oryginale Who will tell my story). To pamiętnik człowieka kulturalnego i wrażliwego, kochającego koty; opisuje grozę życia w bombardowanym mieście. Oczywiście należy współczuć każdemu w tej sytuacji, ale ten dziennik – drukowany w odcinkach w „Guardianie” (nawiązując do naszych niedawnych rozmów) – nie mówi całej prawdy. I nawet się temu nie dziwię, bo zwyczajni ludzie są tam zastraszeni Hamasem (jeśli oczywiście z nim nie współpracują; znane są przypadki przechowywania izraelskich zakładników np. u nauczycieli). Ten człowiek wyemigrował w końcu do Egiptu, ale wciąż nie ujawnia nazwiska, zapewne obawia się długich rąk hamasowców. Ale że w książce nie ma ani słowa komentarza, żadnego przypisu tłumaczki ani wydawcy (choć tak gorliwi byli w książce o Auschwitz)… O 7 października 2023 czytamy, że bohater wybierał się na partyjkę tenisa. „Widzę [na telefonie] wiadomość od znajomej osoby, że nie przyjdzie na tenisa. Bo jest ‚ta sytuacja’. Jesteśmy w Gazie, od razu wiadomo, co to znaczy. Eskalacja. Znowu. Ile razy jeszcze musimy przez to przechodzić? Tak jest non stop od 2000 roku, nasze dusze są coraz bardziej poranione, zabierane nam są kolejne kawałki naszej egzystencji”. Można by pomyśleć, że to Izrael odbiera. Ale rok 2000 to rok tzw. intifady. A cóż za eskalacja wydarzyła się 7 października 2023? Ani słowa komentarza, że był to bestialski napad Hamasu na Izrael, podczas którego mordowano, gwałcono, torturowano, porywano. To było prawdziwe ludobójstwo, spełnione zostały wszystkie warunki definicji Rafała Lemkina, łącznie z odbieraniem (i zabijaniem) dzieci. Tymczasem propaganda hamasowska głosi, że to Izrael dokonuje ludobójstwa, nie wspominając, że o nalotach uprzedzano, nikogo nie porywano, a cywile byli używani jako żywe tarcze przez samych terrorystów, którzy za wielkie pieniądze, jakie przez lata szły na pomoc Gazie, zbudowali tzw. metro Gaza – system tuneli pod cywilnymi budynkami. To było celowe. Miasto mogłoby kwitnąć, gdyby te pieniądze przeznaczono na jego rozwój.

A tymczasem Muzeum Polin odmówiło pokazania filmu dokumentalnego pt. October 8th (tutaj trailer) – można o tym przeczytać tutaj. To się po prostu w głowie nie mieści: ci, co zarzucają temu filmowi jednostronność, sami są jednostronni w drugą stronę (moim zdaniem takie osoby nie powinny pracować w jakimkolwiek muzeum zajmującym się historią, ale cóż, żyjemy w czasach, gdy zamiast historii uprawia się politykę historyczną).

Dziś Muzeum Polin zaprasza na pokaz filmu Auschwitz nie spadł z nieba. To i tak lepiej niż zachował się Paweł Łysak, nowy dyrektor łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza, będącego co roku organizatorem obchodów Dnia Pamięci Holocaustu – w tym mieście szczególnie ważnego z powodu getta łódzkiego. Otóż odmówił on w tym roku angażowania się w te obchody z powodu… Gazy (na szczęście honor miasta uratował Teatr Nowy). Łodzianin Marian Turski przewraca się w grobie. Przypomnę słowa z ostatniego jego przemówienia w Auschwitz sprzed roku, niestety nie tak popularnego jak to poprzednie, a równie ważnego: „Widzimy w świecie współczesnym dzisiaj, teraz, wielki wzrost antysemityzmu, a to przecież antysemityzm doprowadził do Holokaustu. Deborah Lipstadt nazwała to ‚tsunami antysemityzmu’. A to właśnie jej odwaga i jej uporczywość i wytrwałość w walce z zaprzeczeniem Holokaustu, czyli denial of the Holocaust, zakończyła się sukcesem po wygranym z Londynie procesie z Davidem Irvingiem. Nie bójmy się wykazać takiej samej odwagi dzisiaj, gdy Hamas czyni próby zaprzeczania masakry 7 października„.

Reklama