Wojciech Michniewski (1947-2026)

Pełen energii, błyskotliwie inteligentny, znakomity muzyk – trudno uwierzyć, że już go z nami nie ma.

Jako młody człowiek był gwiazdą na warszawskiej uczelni – do czego się zabierał, był w tym świetny. Najpierw studiował teorię, a jego pionierska praca dyplomowa na temat próby określenia zasad zapisu grafiki muzycznej (tj. partytur graficznych) została wydrukowana w kultowym wówczas piśmie „Res Facta”. Później studiował dyrygenturę – efekty znamy, Wreszcie kompozycję – tych studiów nie ukończył, bo już miał za dużo roboty. Ale jako kompozytor działał w kolektywnych improwizacjach z Grupą KEW (od imion członków: Krzysztof Knittel, Elżbieta Sikora, Wojciech Michniewski), a jeden z jego utworów, a właściwie performansów, Szeptet, został wykonany na Warszawskiej Jesieni i otrzymał nagrodę RAI, choć był paskudnie mizoginistycznym dowcipasem w stylu wąsatego wuja. Dokładnie rzecz biorąc, polegał na tym, że wokół publiczności w wyciemnionej sali rozmieszczonych było sześć wokalistek recytujących głupotki z pism kobiecych – przepisy kulinarne, plotki o aktorkach. Nagle na scenie objawiał się prężący muskuły kulturysta – a panie na to „och” i „ach”. No, ale nie za to kochaliśmy Wojtka.

Dla mnie był jednocześnie kolegą z kompozycji (z klasy Andrzeja Dobrowolskiego) i pedagogiem (prowadził zajęcia z dyrygowania). Ostatecznie skupił się na dyrygenturze. Zaraz po tym Szeptecie otrzymał parę kapelmistrzowskich nagród: wygrał konkurs w La Scali i zdobył brązowy medal na konkursie w Genewie. Dalsza droga była oczywista, choć repertuarowo wciąż najbliższa była mu muzyka współczesna. Był dyrygentem do specjalnych zadań w tej dziedzinie. Prapremiery oper Elżbiety Sikory, Pawła Szymańskiego, Pawła Mykietyna, Hanny Kulenty – któż, jak nie on. Prawykonania i pierwsze wykonania w Polsce niezliczonych dzieł na festiwalach muzyki współczesnej, nie tylko Warszawskiej Jesieni, ale też wrocławskich i poznańskich – też on. Poznań, nawiasem mówiąc, a dokładnie Filharmonia Poznańska, była ostatnim (po FN, łódzkim Teatrze Wielkim i scenie współczesnej Warszawskiej Opery Kameralnej) miejscem, gdzie na parę lat przycumował na stałe; początkowo zaowocowało to obopólną miłością i znaczącym podniesieniem poziomu orkiestry, potem drogi się zaczęły rozchodzić. Później już był tylko wolnym strzelcem – za to na całym świecie, od Meksyku po Hongkong, w tym na najbardziej prestiżowych salach z Filharmonią Berlińską, La Scalą i Barbican Hall w Londynie na czele.

Trochę za dużo przemawiał na próbach i był perfekcjonistą, za czym orkiestry nie przepadają. Ale wiele jego kreacji pozostanie w pamięci. Dla naszej muzyki współczesnej, może poza Andrzejem Markowskim, nie było tak zasłużonego dyrygenta i obawiam się, że już nie będzie.

W ostatnich latach dał się też szerzej poznać słuchaczom radiowej Dwójki jako stały juror Płytowego Trybunału Dwójki. Jego erudycyjne uwagi zwykle zapadały w pamięć. Będzie i tam go brak.

Żegnaj, Wojtku…

Reklama