Sinfonia Iuventus i genialne dzieła
To był wspaniały pomysł, żeby młodzi muzycy wykonali Zamek Sinobrodego Bartóka w wersji koncertowej. W końcu niektórzy z nich mogą kiedyś trafić do orkiestr operowych i grać m.in. takie właśnie utwory.
Za każdym razem kiedy słucham Zamku, bardzo intensywnie wchodzę w tę niesamowitą jedność muzyki z treścią i nieważne nawet, że ta treść jest po węgiersku (zwykle tłumaczenie jest w napisach, dziś też było), i tak można to docenić. Zwłaszcza oczywiście kiedy śpiewają Węgrzy, a oryginalnych wersji mam za sobą kilka: wystawienie z 1999 r. w reżyserii Janusza Kijowskiego (dość statycznej, z dziwną konstrukcją Andrzeja Kreutz-Majewskiego) w Operze Narodowej w wykonaniu pamiętnej Evy Martón i Mihálya Kálmándiego, wykonanie koncertowe sprzed prawie dekady z NOSPR na festiwalu Katowice Kultura Natura w ramach pamiętnego bartókowskiego cyklu pod batutą Ivána Fischera, i chyba jeszcze kiedyś dawniej jakieś wykonanie koncertowe. Było jeszcze drugie wystawienie w Operze Narodowej w reżyserii Mariusza Trelińskiego, ale tam nie było Węgrów, tylko Nadja Michael i Gidon Saks.
O samym dziele napisałam już dość w relacji z Katowic, skupię się więc na dzisiejszym wykonaniu. Soliści byli świetni: jako Judyta wystąpiła Dorottya Láng – mezzosopran o ciepłej barwie, a przy tym piękna kobieta ekspresyjnie wyrażająca emocje bohaterki, a jako Sinobrody – András Palerdi, powściągliwy, ale też o głębokim głosie, zdyscyplinowany i jakby z początku skrępowany, ale taka właśnie jest ta postać w tym momencie – chce raczej się ukrywać niż odkrywać. Do odkrywania kolejnych intymnych miejsc (symbolizowanych przez kolejne pokoje zamku) jest wręcz zmuszany przez Judytę i nie jest w stanie wykazywać wystarczającej asertywności. Do czasu.
Trudno dziś zrozumieć, że dzieło tak wielkie było początkowo przyjęte z rezerwą. To prawda, że jego forma jest nietypowa, nie ma tu jakiejś akcji pełnej zwrotów i w ogóle jest krótkie. Ale przecież sama ta muzyka sprawia, że ciarki słuchacza przechodzą. Wojciech Rodek poprowadził ją znakomicie, a młodzi muzycy mieli – co było zauważalne – pełną świadomość, że uczestniczą w czymś wyjątkowym.
To w drugiej części koncertu w Studiu im. Lutosławskiego – pierwszą wypełnił Koncert wiolonczelowy patrona tego miejsca, a solistą był Tomasz Strahl. Chyba nieźle grało się niedawnym studentom w towarzystwie pana rektora, bo nagrodzili go owacjami. Jak dla mnie początek był zbyt szybki i cichy (powinien korespondować z zakończeniem i z trochę wcześniejszą kulminacją), ale wiele szczegółów było świetnych, np. ten zabawny zwrot, który Rostropowicz sobie przetłumaczył na „Nu, my jeszczo uwidim”. Był bis: Capriccio nr 1 Henryka Hubertusa Jabłońskiego (z urodzenia Helmuta Hubertusa Deglera), kompozytora i wiolonczelisty, ojca kolejnego znanego wiolonczelisty – Romana Jabłońskiego. I zarazem, jak przypomniał solista, autora przeboju Pierwszy siwy włos. Ale bis go nie przypominał.