Nadrabianie luk w wykształceniu

Dziś w FN na koncercie BBC Symphony Orchestra słuchaliśmy dwóch utworów rzadko w Polsce grywanych (wydaje mi się, że oba słyszałam po raz pierwszy), i chyba nie bez powodu.

Jedna z kilku znakomitych londyńskich orkiestr – nie z pierwszego miejsca, ale i tak znakomita – wystąpiła pod batutą swojego głównego dyrygenta, Sakariego Oramo. Kolejny ze znanych fińskich kapelmistrzów, może nie błyskotliwy, ale solidna firma – na czele tej orkiestry stoi już trzynasty sezon, więc widać muzykom odpowiada. Zaprezentowali się zresztą z jak najlepszej strony, tylko ten repertuar…

Przyjechali do Warszawy w ramach małego tournée wraz ze znanym już nam dobrze świetnym szwajcarsko-włoskim pianistą Franceskiem Piemontesim. Wczoraj wystąpili w NOSPR, potem jadą jeszcze do Bułgarii, do Warny. Żałuję, że tu nie zagrali tego, co w Katowicach, czyli II Koncertu Brahmsa i II Symfonii „Londyńskiej” Ralpha Vaughana Williamsa – był to program zdecydowanie ciekawszy. Tej symfonii również zbyt często się u nas nie grywa.

W Warszawie rozpoczęli od Koncertu fortepianowego Dvořáka. Ten utwór od początku nie miał powodzenia, nikt go kompozytorowi nawet nie chciał wydrukować, a prawykonanie przeszło bez echa. I nic dziwnego. Mało to wyraziste, trochę napuszone, jak na Dvořáka bardzo mało jest czeskiej kolorystyki, po zakończeniu utworu niewiele się z niego pamięta. Mówi się, że ten koncert jest trudny; ja bym powiedziała raczej, że nużący, bo ileż można grać równolegle obiema rękami w oktawie. Piemontesi robił co mógł, żeby to brzmiało atrakcyjnie, orkiestra także, ale niewiele mogli. Satysfakcję pełną przyniósł dopiero bis pianisty: bardzo efektownie wykonane Feux d’artifice Debussy’ego.

Orkiestra popisała się w I Symfonii Elgara. Mam kłopot z tym kompozytorem: z wieloma jego utworami jakoś nie kontaktuję, np. z Koncertem skrzypcowym i Koncertem wiolonczelowym, uwielbianymi przez solistów – choć bardzo lubię Enigma Variations, no a marsze z Pomp & Circumstance to po prostu hiciory. Wspomniana symfonia należy do tych, które do mnie nie bardzo przemawiają. Ale muszę przyznać, że orkiestra miała pole do popisu i grała świetnie. Choć i mnie, i sąsiadującej koleżance jednocześnie przyszło na myśl, że Oramo dyrygował tym Elgarem trochę jak Sibeliusem – chłodno. Zastanawiałam się nawet podczas słuchania, co symfonie Elgara i Sibeliusa mogą mieć wspólnego, i doszłam do wniosku, że męczącą trochę formę. No, ale skończyło się głośno i triumfalnie, więc publiczność była zadowolona. Żeby nie przedłużać, dyrygent zapowiedział, że zagrają na bis „some London music”, i był to Knightsbridge March No. 3 Erica Coatesa. Można było przez chwilę poczuć się jak na Ostatniej Nocy Promsów, brakowało tylko fikuśnych kapeluszy i powiewających chorągiewek.

Było całkiem niemało wolnych miejsc. I nie ma co się dziwić, bo ceny były zaporowe: 190-390 zł. A wejściówek nie sprzedawano, bo przecież nie sprzedano wszystkich biletów. Ciekawe, że w NOSPR było taniej (126-238), a przecież tamta sala jest lepsza.

Reklama