Jesienny chór

Bardzo dobrze, że Chór Filharmonii Narodowej dzięki swemu obecnemu szefowi Bartoszowi Michałowskiemu nie tylko trzyma świetny poziom, lecz śpiewa nietuzinkowy repertuar. Choć dziś nie wszystkie eksperymenty satysfakcjonowały.

Dzisiejszy koncert miał jesienny nastrój – w sam raz na dzisiejszą zachmurzoną pogodę (ale bez deszczu na szczęście). Boleśnie czerwone liście – taki tytuł miał krótki utworek wybitnego estońskiego kompozytora muzyki chóralnej, Veljo Tormisa, tego samego, czyje większe dzieło było ważną częścią koncertu na koniec poprzedniego sezonu. Dzisiejsze trwało tylko jedną minutę, za to zostało wykonane dwa razy: na początek i koniec pierwszej części koncertu. To czwarta część cyklu Jesienne pejzaże, składającego się z siedmiu niemal aforystycznych pieśni do poezji Viivi Luik – jest najkrótsza i przeznaczona na chór żeński (w pozostałych śpiewa pełny chór mieszany). Na sali rozmieszczono po trzy śpiewaczki-sopranistki po bokach i po trzy mezzosopranistki i alty pośrodku z jednej i drugiej strony przejścia. Ubrane w cywilne ubrania, siedziały wśród publiczności, ukazując się dopiero podczas śpiewu.

Pomiędzy tymi dwoma takimi samymi aforyzmami 20 minut kontemplacji: Rothko Chapel Mortona Feldmana. Dobrze, że ten piękny utwór został tu wykonany w roku setnych urodzin kompozytora. Chór wokalizujący cicho bez tekstu, altówka, czelesta, kotły i dzwony rurowe – to cały aparat, a wszystko razem – po prostu trans. Światła wygaszono, tylko wykonawcy mieli lampki na pulpitach, a na koniec nawet one zgasły. Trudno było wrócić do rzeczywistości.

Jesienna była także część druga, akcentująca zbliżanie się do listopadowego Święta Zmarłych. O ile jednak pierwszą częścią koncertu byłam po prostu oczarowana, to ta druga wprowadziła mnie w niejaką konfuzję. Dyrygent wpadł na pomysł, by przepleść ze sobą dwa utwory: Requiem canticorum na chór, saksofon sopranowy i organy Jamesa Whitburna (mało ambitny, na granicy kiczu; obecność saksofonu była najwidoczniej inspirowana pamiętną płytą Officium Jana Garbarka i Hilliard Ensemble) oraz Mszę G-dur Poulenca. Nie zrobiło to dobrze ani jednemu, ani drugiemu utworowi, a zwłaszcza drugiemu, który zginął w tym kontekście (a fizycznie wręcz zginęła pominięta Gloria). Lubię eksperymenty, ale nie takie, które szkodzą dziełom.

Byłam dziś jeszcze wcześniej w Operze Narodowej na otwarciu wystawy You Shouldn’t Have to See This ukraińskiego duetu artystycznego Yarema Malashchuk/Roman Khimei. To instalacja powiązana z tematem najbliższej, piątkowej premiery – Matek z Chersonia Maksyma Kołomyjca: oglądamy na niej kilkoro sfilmowanych śpiących dzieci. To są dzieci, którym udało się szczęśliwie wrócić do rodzin. Ale wiele przepadło w Rosji. Straszne, kiedy o tym pomyśleć – to jedna z większych zbrodni agresora. Ale chciałam też wspomnieć, że tą wystawą została zainaugurowana nowa forma działania Galerii Opera. Nie będzie już wystaw monograficznych wybitnych artystów, lecz wystawy tematyczne powiązane z daną premierą, a miejsca ich pokazywania będą różne. Obecna znajduje się w dawnym przedsionku byłej galerii (teraz zmienionej w Sale Północne, pozostające za kotarą).

Reklama