Premiera pożegnań
Ostatnia opera Verdiego, ostatnia premiera Patricka Fournilliera w Operze Narodowej, ostatnia realizacja autorstwa Marka Weissa. Choć w to ostatnie chyba mało kto wierzy.
Gdyby jednak okazało się, że reżyser rzeczywiście tym spektaklem pożegnał się ze sceną, to trzeba powiedzieć, że zrobił to z przytupem. Z efektowną stroną wizualną (scenograf Wiesław Olko i autor projekcji Bartek Macias) oraz dobrą stroną wokalną. No i z trochę zmienioną wymową dzieła.
Falstaff jest jedyną operą komiczną Verdiego, który porwał się na ten eksperyment (udany) mając lat niemal 80. Podziwiać. A to dzięki temu, że miał szczęście spotkać na swej drodze wybitnego librecistę Arriga Boita, z którym wcześniej pracował jeszcze przy Otellu, czyli również dziele zaczerpniętym z Szekspira. Ten do oryginału – Wesołych kumoszek z Windsoru (po prawdzie to „wesołych żon”) dodał parę szczegółów z innej sztuki, w której występuje Sir John Falstaff: Henryk IV. Marek Weiss dodał jeszcze inne nawiązania do tej sztuki, w formie snów Falstaffa: dzięki temu sam początek pokazuje nam średniowieczny Londyn (przypominający co prawda raczej Edynburg), by już po obudzeniu przenieść się do jakiegoś klubu we współczesnym londyńskim City (zabawne: bar i kanapy, tym razem czerwone, mogą nam przypomnieć realizacje Mariusza Trelińskiego).
Inaczej też widzi Weiss postać samego głównego bohatera. Odbieramy zwykle Falstaffa jako groteskowego tłuściocha, który sam się ośmiesza nie mając świadomości tego, a przez to budzi nasze rozbawienie. Można mieć do niego nawet cień sympatii, choć zachowuje się paskudnie: próbuje uwieść dwie mężatki naraz, wysyłając do obu taki sam list. Reżyser nadaje tej postaci rys demoniczności człowieka, który – jak twierdzi – wyrządził w swoim życiu wiele zła i nadal je wyrządza, a zarazem, jak wynika z wywiadów udzielanych ostatnio przez Marka Weissa, jest „człowiekiem dążącym do śmierci”, który „chce jednak, by przyszła do niego w zabawie”. I choć w operze Falstaff jest tylko ośmieszony, przyjmuje to „na klatę” i wszyscy razem ostatecznie idą biesiadować śpiewając słynną fugę „Cały świat to żart”, to u Weissa podczas tej fugi bohater umiera. Właśnie w zabawie.
Podobno było trochę kłopotów organizacyjnych z obsadą – paru zastępstw trzeba było szukać w ostatniej chwili. Sergio Vitale był może zbyt atrakcyjnym Falstaffem, choć wypinał brzuch (w cywilu nie jest aż tak wystający); nie odbierało się go też jako „wściekłego starucha”, jakim chciał go widzieć reżyser. W sumie zarówno ekipa żeńska, jak i męska była naprawdę przyzwoita – nie będę już wymieniać, bo lista długa. Trzeba dodać, że Falstaff, podobnie jak pierwowzór, to właściwie feministyczny spektakl – grupa kobiet daje radę wystrychnąć na dudka nie tylko tytułowego bohatera, który jest wręcz uosobieniem postawy patriarchalnej, lecz także Forda, któremu nie udaje się wydać córki za upatrzonego przez siebie zalotnika. I choć w finale śpiewa się, że wszyscy zostają oszukani, to przecież wcale tak nie jest. Damska siła „rulez”.
Komentarze
Przepraszam, ale
muszę dopytać: czy to nadal jest blog muzyczny, a to jest recenzja o przedstawieniu operowym? Ani słowa o orkiestrze, ani o prowadzeniu Foullinier. O śpiewakach napisane tylko, że byli przyzwoici ale autorce nie chce się o nich pisać szczegółowo, bo „lista ich jest długa”?
Dlaczegóż to Autorka nie miałaby prawa opisać wrażeń o przedstawieniu operowym? Czy Orkiestra gra poza przedstawieniem?
To oczywiście jest osobisty blog Pani D.S. i może na nim pisać o czym i jak chce. Zresztą, robi to konsekwentnie od wielu lat i to w ciekawy sposób, co ma swoje rezultaty choćby w liczbie zainteresowanych i dyskusjach, jakie tu się toczą. Jest na pewno jedną z autorek na portalu Polityki, którzy potrafili stworzyć swoją społeczność. Wielkie gratulacje!
Ale, niestety, muszę się zgodzić z Brunnet. Mnie też nie wystarczają te króciutkie, pobieżne wzmianki o wykonawstwie, zwłaszcza oper, które opisuje Autorka. Zwłaszcza w porównaniu do bogatych opisów wszystkiego innego. Dostajemy często opisy powiązań między twórcami, wspomnienia, nawet osobiste wstawki i to jest urocze i daje trochę wgląd za kulisy. Fantastycznie. Można się poczuć, jak dobry znajomy D.S., któremu ona się zwierza. Świetne podejście i pewnie m.in. dzięki niemu ta społeczność tak się trzyma.
Ale, oprócz tego chętnie poczytał bym więcej opinii o technice śpiewania, jakości grania orkiestry, koncepcji muzycznej przedstawienia, etc. Jakąś profesjonalną, muzykologiczną recenzję (nie hermetyczną, naukową – proszę mnie źle nie zrozumieć). Dość fajnie (jak dla mnie) Pani D.S. pisze o koncepcjach inscenizacyjnych i reżyserskich (zwykle się z Nią nie zgadzam, ale to tym lepiej; przy okazji: mnie kanapy w Falstaffie nie przeszkadzały, bo je lubię, w inscenizacjach Trelińskiego też). Natomiast o sztuce wokalnej, formie śpiewaków, doborze obsady (i dlaczego dobra lub zła) raczej się nie dowiemy… A szkoda.
Podam dwa przykłady z tego roku. Po premierze „Don Quichotte” Julesa Masseneta w operze wrocławskiej w lutym br., na której nie byłem (nota bene w tej samej reżyserii i pod tym samym kierownictwem muzycznym co wczorajszy „Falstaff”) Pani Dorota dała wpis na blogu, który sprowokował mnie do dopisania komentarza. Takiego: „Ponieważ nie byłem, a jestem fanem Opery Wrocławskiej (od początku lat 80-tych ubiegłego wieku…), to chciałbym dowiedzieć się więcej o tej premierze. Jak śpiewał Siwek? Kto się jeszcze wyróżnił (a może zawiódł) w obsadzie? A jak orkiestra (poza solo na wiolonczeli)?
Dopisała by Pani coś jeszcze? Będę wdzięczny”.
I jaką odpowiedź dostałem? A taką: „Orkiestra bardzo przyzwoicie, a Siwek oczywiście śpiewał pięknie. Bardzo wczuł się w rolę.”
Drugi przykład to wpis po występie Camilli Nylund i Tomasza Koniecznego z repertuarem wagnerowskim tydzien temu. Tutaj (pod wpisem dotyczącym zupełnie innego wydarzenia) mogliśmy przeczytać, że kiedyś to by było wydarzenie, a teraz już aż takie nie jest (trawestacja wpisu Autorki).
A aż prosiło by się jakoś ocenić w jakiej kondycji są obecnie śpiewacy, lepiej/gorzej, zdaniem D.S. zaplanowali repertuar? To ciągle czołowe nazwiska z uniwersum Wagnera, chyba dobrze by się było odnieść do ich warsztatu, kondycji, dyspozycji, itd. itp.?
W każdym razie: Pani Kierowniczka, jak ją tu nazywają przyjaciele, robi wg mnie świetną robotę i znacznie się wyróżnia na tle innych blogerów „Polityki”, ale ja chciałbym trochę więcej (sic!), z odrobinę innym rozłożeniem akcentów, szczególnie przy wpisach dotyczących opery. Może się kiedyś uda? Bardzo bym chciał…
Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów blogowych. Do zobaczenia na kolejnych przedstawieniach i koncertach!
Miałem niestety inne odczucia. Falsaff jest operą komiczną. ja tego komizmu niestety nie widziałem. W scenie w Oberży Pod Podwiązką tłum ludzi na scenie skutecznie rozprasza uwagę widza. Soliści , mimo że są na przodzie sceny praktycznie gubią się w tym tłumie. Nie jestem zwolennikiem przenoszenia akcji oper do czasów współczesnych.
W Blogu Autorki brakuje mi niestety recenzji o pracy Orkiestry, Dyrygenta! Nie istnieli?
Pozdrawiam Wszystkich.
Drodzy Państwo rozczarowani. Wróciłam do domu po północy i naprawdę trudno jest w tej sytuacji o wszystkim się rozpisywać. Zwłaszcza że rzeczywiście blog nie jest gazetą, jest formą bardziej swobodną; zwykle też wiedząc, że będę również pisać recenzję do numeru, nie chcę z wszystkiego się „wypstrykać”.
@ Brunnet – dyrygent nazywa się Patrick Fournillier.
@ P.K. – faktycznie wstrzymuję się tu raczej od „muzykologicznych” opisów (cudzysłów, bo formalnie muzykolożką nie jestem) – zawsze wydawało mi się, że może to się wydawać nudne. Ale jeżeli jest potrzeba, to mogę to z czasem zmodyfikować. Kanapy w Falstaffie były rzeczywiście fajne (czerwone), bardzo ładna w ogóle scenografia wraz z projekcjami (o czym wspomniałam na początku), trochę mnie po prostu ubawiła ta zbieżność ze spektaklami Trelińskiego.
@ Pablo C. – też odniosłam wrażenie, że Marek Weiss potraktował tę operę o wiele bardziej serio, komedia pozostaje głównie w muzyce, ale w tej wersji jest bardzo gorzka, a jak już dodamy śmierć Falstaffa na zakończenie, to mamy tu jakiś symbol perspektywy finalnej żegnającego się reżysera. Słusznie, niesłusznie? Po prostu indywidualnie. Zresztą u autora nie jest to również sam beztroski śmiech, jest to komedia agresywna, w końcu w brytyjskim tradycyjnym teatrze kukiełkowym Punch and Judy też walą się po głowach i wyzywają (ciągi wyzwisk są w Falstaffie urocze). Dziś dodalibyśmy jeszcze motyw ejdżyzmu 😉 choć w commedii dell’arte zawsze wyszydza się starego Pantalone…
Oczywiście błąd w mojej pisowni nazwiska dyrygenta. No ale Pani Redaktor, nikt nie zmusza do pisania po północy (mam nadzieję 🙂 ), zawsze można poczekać do rana. I jak mają poczuć się wykonawcy, którzy na pewno tu zaglądają i spotykają się jedynie z określeniem, że byli przyzowici i że było ich wielu. Nie przypominam sobie takiej zdawkowości przy opisywaniu wydarzeń na Konkursie Chopinowskim. Naprawdę nie widzi Pani Redaktor jakiegoś zgrzytu w tym opisie premiery? Że w sumie o wykonastwie muzycznym wczoraj napisane jest tutaj jest prawie nic?
E, tam. Od razu rozczarowani. Chcący więcej! 😉
No to chyba kryzys zażegnany? I spokojnie czekam na bardziej „muzykologiczne” komentarze.
A wracając do wczorajszego „Falstaff’a”: polecam, w programie do przedstawienia, rozmowę jaką z Markiem Weiss’em przeprowadziła Anna Kaplińska-Struss. Wyłania się z niej fantastyczny, wrażliwy, mądry człowiek. I ten stosunek do kobiet. Zarówno w życiu, jak i w operze. Piękne!
@ Brunnet – po pierwsze, ten blog zwykle był raczej właśnie miejscem luźnych refleksji (z nutką insajderstwa, jak zauważył P.K.), nie zbiorem recenzji. Ale rzeczywiście od pewnego czasu wygląda na to, że raczej oczekuje się ode mnie właśnie recenzji. Jak widać, rola blogu zmienia się przez te lata {których zaraz uzbiera się już 19, trudno uwierzyć).
I w związku z tym po drugie: zmuszać nikt mnie nie zmusza, ale szantaż moralny jest 😉 Wczoraj ledwie wyszłam ze spektaklu, to jeden pan mnie zagadnął, że będzie zaglądał na blog koło północy 🙂 Oczywiście wyprowadziłam go z błędu mówiąc, że o tej porze to nie wiem, czy zdążę dojechać do domu… Często już na koncercie czy premierze słyszę pytania: no to kiedy będzie na blogu (nie mówiąc o pytaniach „jak było?”)? Trochę więc jestem między młotem a kowadłem i chyba nawet kiedyś tu o tym wspominałam.
A poza tym wybieram się dziś na drugą obsadę, która podobno jest równie dobra 🙂
No to fajnie będzie przeczytać o Pani wrażeniach i porównaniach. Może uda się wtedy coś więcej napisać o technice poszczególnych śpiewaków i kto, wg Pani, lepiej pasuje do roli. Oraz dlaczego?
Tym bardziej jestem ciekawy Pani opinii, że sam się na II-gą obsadę nie wybieram. Pewnie pójdę na to przedstawienie w kolejnym sezonie, o ile będzie grane.
Wróciłam i teraz mogę spokojnie porównać.
Rzeczywiście druga obsada jest równie ciekawa, a przy tym zupełnie inna niż pierwsza, co też częściowo zmienia wymowę całości. Dotyczy to przede wszystkim postaci tytułowej. Mateusz Michałowski jest zupełnie innym Falstaffem, bardziej gburowatym, nie takim przyjemnym misiem jak Sergio Vitale. Jest więc może nawet bliższy temu, co chciał powiedzieć reżyser. Jego głos brzmi mocniej w rejestrze basowym (nic w tym dziwnego, bo jest przestawionym basem), ale ogólnie ma ładną barwę, tyle że jest jeszcze młody i potrzebuje większego okrzepnięcia, ale brzmi obiecująco.
Dzisiejsza obsada była w większości polska, z wyjątkiem dwojga świetnych Ukraińców – Valentiny Pluzhnikovej jako Pani Quickly oraz Stepana Drobita – Forda, o mocnym głosie i wyrazistej ekspresji. Zagraniczny był też Fenton – Rumun Ioan Notea, o głosie jakby cieńszym od wczorajszego Nico Darmanina, ale też brzmiącym ładnie. Reszta grupy damskiej – Natalia Rubiś (Alice), Elżbieta Wróblewska (Meg) i Hanna Okońska (Nanette) nie tylko świetnie brzmiała, ale też była zgrana ze sobą chyba lepiej niż wczorajsza, chociaż tamte też były dobre, zwłaszcza niemiecka Turczynka Deniz Uzun (Pani Quickly).
Ogólnie więc wokalnie znów było dobrze. Co zaś do orkiestry, to słychać, że Patrick Fournillier zrobił robotę, jeśli chodzi o granie równo (rytmicznie), natomiast niestety momentami nieładnie wybijała się blacha. A i smyczkom zdarzyło się niedociągnięcie intonacyjne w wysokim rejestrze. Satysfakcja więc pod tym względem połowiczna.
Zachęciła mnie Pani do polowania na obejrzenie (jeśli kiedyś, już nie w tym sezonie) II-giej obsady. pewnie nie zdarzy sie to juz 1:1, ale mam nadzieje, że poszczególni wykonawcy będą się pojawiać.
Z I-szej obsady mnie też też podobała się najbardziej Deniz Uzun. Ma piękny, gęsty, soczysty, nośny i sprawny głos. I dobrą vis comica. Pod tym względem był też dobry Stanislav Kuflyuk, choć nie bardzo mi pasował wokalnie. Chciałbym tu kogoś o bardziej donośnym głosie.
Z II-giej obsady najbardziej jestem ciekawy Natalii Rubiś. Bardzo podobała mi się w „Czarnej masce” i chętnie bym jej posłuchał jako Alice. No i zobaczył, jak sobie poradziła aktorsko, tym razem w roli komediowej?
Dzięki za doniesienia i porównania. Ogólnie fajne przedstawienie. Godne polecenia. I ta scenografia Olko…
Rubiś aktorsko jest świetna, zabawna, zalotna. Jak pisałam, we wrocławskiej Salome była rewelacyjna – w jeszcze innej przecież roli. Jest wszechstronna i wokalnie, i aktorsko.
Kufluyk jest znakomity na mniejszych scenach, w TWON miałam wrażenie, że jego głos troszkę się gubi – Drobit ma bardziej nośny głos. Ale aktorsko chyba Kufluyk lepszy.
Widziałem trzeci spektakl (w niedzielę), z pierwszą obsadą. Zgodziłbym się z większością opinii PK. Pewne zastrzeżenia miałbym do strony muzycznej: wolałbym Falstaffa o mocniejszym głosie, a zwłaszcza pragnąłbym większej precyzji w ansamblach. Ale generalnie to bardzo udana produkcja.
Michael Tilson Thomas +
Biedny, namęczył się z tym rakiem.
Jego dziadkowie nazywali się jeszcze Tomashefsky…
W wieku 102 lat zmarła też Ruth Slenczynska…
Niemal do końca czynna. Świetna osoba.
Dokładniej, miała 101 lat – urodziła się w styczniu 1925 r.
Przeżyła Horszowskiego – policzyłem z pomocą AI, nie kryję – o 131 dni. Ale JEJ na żywo nie słyszałem (nie wiem nawet, czy mniemana „córka rybaka” 😉 w ogóle w Polsce występowała).
Przy okazji: dawno tu nie czytałem aż tylu zmasowanych pretensji. Zmówiły się te czepialskie dziadersy czy jak? 😀
Osobiście zawsze jednak będę się opowiadał za wykonawstwem, a przeciwko wykonastwu. No i jeszcze te apostrofy w nazwisku sir Johna – od razu zdradzają inteligenta…
A ja pewnie znowu trochę nie na temat choć może nie do końca. Ktoś mi ostatnio polecił i podsunął nagranie radiowe z Radio France – „Falstaff” gdzie jest Teresa Żylis Gara jako Alice Forde. Koncertowe wykonanie z Paryża (rok 1981). Bardzo gorąco polecam gdyż to jest coś absolutnie zjawiskowego a przy tym artystka pokazuje rzadki w jej rolach rys komiczny, ale jak zawsze z klasą i nie szarżuje.
Jako Quickly mamy kanadyjski kontralt Maureen Forrester z którą chyba współpracował prof. Jerzy Marchwiński. Jako Falstaff niedoceniany, ale według mnie wspaniały włoski baryton Aldo Protti a dyryguje Nello Santi, który jak nikt z ówczesnych dyrygentów rozumiał śpiew i śpiewaków. Warto poszukać płyt, choć może ktoś wrzuci kiedyś na You Tube
@ ścichapęk – oczywiście, wykonawstwo, nie wykonastwo (od razu zresztą czerwony wężyk się ukazuje pod tą drugą wersją 😉 ).
O tak, Pani Kierowniczko – śtuczna yntelygiencja (wężyki!) i na tym polu wydatnie pomaga potrzebującym 🙂