Ich trzech, ona jedna
Orkiestra Filharmonii Narodowej jest na tournee, więc w jej siedzibie goszczą inne zespoły. Wczoraj Filharmonia Poznańska z Anastazją Kobekiną (żałuję, że nie byłam, ale trudno się rozdwoić), dziś Sinfonia Iuventus i trzech znanych nam dobrze młodych solistów.
Wszyscy obiecujący, dopiero u wrót sukcesu (bardziej lub mniej): skrzypek Wojciech Niedziółka, wiolonczelista Antoni Wrona i pianista Mateusz Dubiel. Wszyscy mniej więcej w tym samym wieku: Niedziółka i Wrona z 2003 r., Dubiel z lutego 2004 r. Ten pierwszy został moim zdaniem bardzo skrzywdzony na poprzednim Konkursie im. Wieniawskiego (w tym roku może będzie miał więcej szczęścia, o ile oczywiście do niego przystąpi – trzymam kciuki). Ten drugi też moim zdaniem mógłby być sklasyfikowany wyżej na Konkursie im. Lutosławskiego (dostał III nagrodę), ale już ma na koncie kolejne sukcesy. Ten trzeci zderzył się z ogromną konkurencją na Konkursie Chopinowskim i odpadł już po I etapie, choć spodziewaliśmy się, że zajdzie wyżej…
W każdym razie świetnie im się razem grało, zapewne dlatego, że mają podobny typ muzykalności: subtelnej i bezpretensjonalnej. To bardzo naturalne granie i pełne uroku, nawet jeśli nie wszystko było tam precyzyjne. Z drugiej strony Koncert potrójny Beethovena nie jest utworem bardzo łatwym – wyjąwszy może niespecjalnie forsowną partię fortepianu. Najbardziej odpowiedzialną rolę ma wiolonczela (w tym duże, piękne solo na początku II części), ale i skrzypce mają co pokazać. Młodzi artyści grali w znakomitym porozumieniu, bawiąc się wspólnym muzykowaniem, „rozmawiając” ze sobą. Zrobili też ładny gest, bo przygotowali wspólny bis: też Beethovena, II część Tria fortepianowego op. 11, która zabrzmiała jeszcze atrakcyjniej. Może jeszcze kiedyś przygotują coś razem…
Koncert prowadziła młoda, ale już utytułowana kolumbijska dyrygentka Ana María Patiño-Osorio, charakterna i temperamentna – cóż, jak się pochodzi z Medellin (i prowadzi się tam filharmonię w wieku 31 lat), to trzeba być twardzielką. Ciekawie wypadł Concert Românesc Györgya Ligetiego, dzieło młodego wówczas kompozytora jeszcze z czasów węgierskich, z 1951 r., kiedy to panował socrealizm, ale mimo to utworu eksploatującego tematy ludowe ówczesna cenzura nie zaakceptowała – może dlatego, że chodziło o muzykę rumuńską, a Węgry od lat mają do Rumunii resentyment. Cóż, w dzisiejszej Rumunii urodzili się najwybitniejsi węgierscy kompozytorzy: nie tylko sam Ligeti, ale też Kurtág, a nawet Bartók. A utwór rzeczywiście mimo ludowych tematów niewiele ma wspólnego z socrealizmem i trochę nawet Bartóka przypomina.
Niestety rozczarowała mnie IX Symfonia „Z Nowego Świata” Dvořáka – dyrygentka była bardzo dynamiczna, co mogło robić wrażenie, ale wiele było potknięć, nieścisłości, topornego brzmienia – nieznośne były zwłaszcza piorunujące kotły. Jednak to się wyraźnie publiczności podobało – nawet pianofil wstał po wykonaniu! Ja jednak nie.
Jutro wracam do FN – wiadomo, na co…
Komentarze
Trochę wstyd, bo owszem, wróciłam na recital PA, ale spóźniłam się na Brahmsa – ale słyszałam go już na żywo 4 razy (w Bydgoszczy, Dusznikach, Warszawie i Łodzi). Za to Beethovena op. 111 słuchałam drugi raz – i wrażenie podobne jak w Łodzi, trochę jakby niezdecydowania, jak potraktować I część, za to piękna druga (trochę tylko zaskakuje, że w fragmencie z trylami, w momencie, gdy w prawej ręce jest dwugłosowy tryl w kwintach, tu zabrzmiał tylko górny głos – owszem, karkołomne to jest, ale jednak jest). No i bisy – lekko „zmodyfikowane” Wariacje op. 27 Weberna, ale potem, jak w Łodzi, Bagatela op. 126 nr 1 Beethovena, i na koniec Sarabanda z I Partity Bacha.
Jeszcze parę koncertów i znów sabbatical. Przyda mu się chyba.
R.I.P. Dame Felicity Lott (1947-2026).