Znów jubileusz FN

Wygląda na to, że w Filharmonii Narodowej świętuje się co 5 lat. Rozpoczął się właśnie 125. sezon – uroczyście i z przytupem.

Na szczęście „mów tronowych” nie było – wyszła tylko z kilkoma słowami wstępu dyrektorka naczelna Zofia Zembrzuska i już zaczął się koncert inauguracyjny pod batutą szefa artystycznego Krzysztofa Urbańskiego. Program składał się wyłącznie z muzyki polskiej, co więcej – wszystkie te utwory miały prawykonanie właśnie tutaj, a ostatni został nawet tej filharmonii zadedykowany.

Powiem szczerze, że trochę dziwne mi się wydało umieszczenie po sobie Veni Creator i Stabat Mater Szymanowskiego. Ten pierwszy utwór wykonywany jest dużo rzadziej (na tej scenie po raz ostatni dokładnie 7 lat temu; Stabat Mater – trochę ponad dwa lata temu); zapewne został uznany za okolicznościowy. W istocie takim był, bo powstał specjalnie na inaugurację konserwatorium po reformie i zarazem swojego rektorowania. Ale nie jest pompatyczny ani nadęty, lecz wzniosły, a posmak góralszczyzny nadaje mu specyficzny, typowo „szymanowski” koloryt. Jednak po tym optymistycznym geście dramatyczne, żałobne Stabat Mater stanowiło zdumiewający zwrot. Jest to dzieło wielkie i genialne, ale czy na taką okazję? Obu oczywiście warto było posłuchać; w pierwszym solistką była Ewa Vesin, która świetnie umiała się przebić przez chór i orkiestrę; w drugim – Sylwia Olszyńska, śpiewająca bardzo prosto bez wibracji, niemal białym głosem (choć troszkę było problemów intonacyjnych), Agata Schmidt o pięknej barwie i Hubert Zapiór. Chór jak zwykle spisał się świetnie – najlepszym dowodem była część a cappella – Spraw, niech płaczę z tobą razem, w której udało się utrzymać wysokość.

II Koncert wiolonczelowy Grażyny Bacewicz nie był tu wykonywany od dnia prawykonania na Warszawskiej Jesieni w 1963 r. Powstał dla słynnego hiszpańskiego wiolonczelisty Gaspara Cassadó, ale, jak się okazało, nie miał on doświadczenia w muzyce współczesnej. Partia solowa napisana jest jednak raczej klasycznie, choć orkiestra jest barwna – to już czas sonoryzmu, a kompozytorka odeszła już daleko od swoich ludowych motywów. Nie odeszła jednak od rytmiczności, której najwięcej w finale. Ciekawe, pewne gesty – grająca nieprzerwanie wiolonczela, a na jej tle wchodzące co jakiś czas grupy instrumentów – dętych drewnianych lub blaszanych – zapowiada jakby młodszy o 7-8 lat Koncert wiolonczelowy Lutosławskiego. Tym razem solista był bardziej rozumiejący: Nicolas Altstaedt to wspaniały i wszechstronny muzyk; szkoda tylko, że nie zabisował.

Na koniec hit, czyli Krzesany Kilara (to prawykonanie dobrze pamiętam), który został nieco zmodyfikowany przez dyrygenta. Otóż zaprosił on do współpracy dużą grupę dzieci z pierwszych klas szkół podstawowych z Warszawy i okolic. Wszystkich wymienił z imienia, a sala (na której z pewnością było mnóstwo rodziców) biła brawo. Dzieciaki w ostatnim fragmencie po prostu grały na perkusjonaliach z instrumentarium orffowskiego. Dyrygent nawiązał też przed rozpoczęciem do muzyki filmowej Kilara. Wyobraźmy sobie, powiedział, że kamera pokazuje kapelę góralską grającą ludowy motyw, a później stopniowo się oddala i słyszymy ponad tą kapelą zagłuszający ją zgiełk, wtedy widzimy, że jesteśmy na jarmarku – może to Krupówki? – aż wreszcie kamera jeszcze bardziej się oddala i na koniec widzimy piękne, majestatyczne Tatry (to się odnosi do ostatnich potężnych akordów blachy). Kilar zawsze w stosunku do swoich utworów orkiestrowych protestował, gdy ktoś mówił, że powstały pod wpływem jego własnej muzyki filmowej – tak uważałam zresztą i ja i wygląda na to, że wyszło na moje… Gest z dziećmi był niby pod publiczkę, ale obliczony na pozyskiwanie społeczności, więc dalekowzroczny.

W sobotnie powtórzenie koncertu – transmisja na medici.tv; retransmisja na Mezzo.

Reklama