Dzień włoski (i polski)

Drugiego dnia gdańskiego festiwalu wypełnił włoski repertuar z drugiej połowy XVII w. w wykonaniu polskich instrumentalistów (ale też międzynarodowego zespołu śpiewaków).

Po południu w Ratuszu Głównomiejskim Monika Hartmann, znana nam z Cohaere Ensemble i innych zespołów, grała ricercary Domenica Gabriellego na wiolonczelę solo. To absolutne początki solowej muzyki na ten instrument, dopiero zaczynający się wówczas wybijać na jakąś niepodległość. Jacek Hawryluk zapowiadając trochę wybrzydzał na tę muzykę, mówiąc, że Bach, jeśli nawet słyszał te utwory, to się raczej nimi nie inspirował – na szczęście. Nie byłabym tego pewna w stu procentach, bo ostatni z siedmiu wykonanych ricercarów w tonacji d-moll trochę momentami mógł przypomnieć Preludium z Suity d-moll Bacha. Faktem jest jednak, że raczej nie są to dzieła bardzo melodyjne, czasem przypominają po prostu głos basowy w continuo. To są właściwie etiudy, ćwiczenia na wiolonczelę, ale też są wśród nich momenty urocze, jak Ricercar V C-dur, który zresztą zabrzmiał również na bis.

Popołudniowy koncert był krótki i skromny, za to wieczorny w Dworze Artusa – wprost przeciwnie. Bohaterem był Alessandro Stradella, kompozytor o dość bujnym życiorysie, zakończonym tragicznie – został zamordowany w wieku 43 lat, ale zdołał po sobie całkiem niemało zostawić muzyki, i to dobrej. Wzięła się za nią z inspiracji dyrektora festiwalu Martyna Pastuszka ze swoją {oh!} Orkiestrą. Na wstęp sam zespół zagrał na rozgrzewkę krótką sonatę instrumentalną, a potem na dwie główne pozycje programu – kantaty bożonarodzeniowe – dołączyli znakomici śpiewacy z również dobrze nam znanego belgijskiego zespołu Vox Luminis, tym razem tylko w pięcioosobowym, solistycznym i, jak wspomniałam, iście międzynarodowym składzie (soprany z Włoch i Austrii, kontralt z Czech, tenor z Włoch i bas z Węgier) i bez szefa, Lionela Meuniera. Piękne głosy (ujął mnie zwłaszcza kontralt) plus orkiestra jak dynamit – wszystko to bardzo podniosło temperaturę. A poza tym te pierwsze bożonarodzeniowe akcenty na festiwalu były same w sobie dość zabawne: w dłuższej z kantat był i Lucyfer, i Anioł, i Maryja, i pasterze – istne jasełka. Muzyczna forma oryginalna, z ariami, recytatywami i fragmentami instrumentalnymi służącymi odpoczynkowi solistów, ale też momentom zamyślenia nad tematem, ciekawe też, że obie kantaty na finał mają… madrygały. Taki końcowy madrygał został powtórzony na pierwszy bis; na drugi, zgodnie z wykrzyczanym życzeniem dyrektora festiwalu, była wstępna instrumentalna Sinfonia. Trochę to była głupia sytuacja wypraszać na koniec śpiewaków, ale mam nadzieję, że nie było im przykro.

Reklama