Kurtág 100!

Może pianistyka mnie czekałaby lepsza w FN, ale dziś na Łańcuchu miałam wyjątkową okazję posłuchać fortepianowych dzieł trzech szczególnie lubianych przeze mnie kompozytorów: Györgya Kurtága, Béli Bartóka i Györgya Ligetiego.

Kurtág, ten niezwykły kompozytor, który potrafi w swym aforystycznym stylu wyrazić więcej niż wiele tłustych symfonii, kończy sto lat już 19 lutego. Z tej okazji w Budapeszcie odbędzie się prawdziwe święto: dwutygodniowy festiwal Kurtág 100. Nazwiska wykonawców imponujące (aż żal, że nie pojadę), a najważniejsze: przez ostatnie dwa lata kompozytor pisał nową operę, a właściwie monodram pt. Die Stechardin, którego prawykonanie odbędzie się w dzień po urodzinach, 20 lutego. O utworze więcej tutaj. Tę opowieść o miłości i śmierci Kurtág zadedykował pamięci swojej ukochanej żony Márty, która zmarła w październiku 2019 r.; przeżyli ze sobą 72 lata. Cudowni byli grając w duecie na fortepianie (a nawet czasem na pianinie) na cztery ręce; Kurtág specjalnie pisał im takie aranżacje preludiów chorałowych Bacha, żeby mogli krzyżować ręce. A w pierwszą rocznicę jej śmierci zagrał dla niej Mozarta

Dzisiejszy program, wyjątkowo na tym festiwalu, ułożył sam występujący pianista, László Borbély. Ten skromny 42-latek wyraźnie najlepiej czuł się w miniaturach Kurtága z cyklu Játékok (Gry). Zacytowany w książeczce programowej Karol Berger pisze, że kompozytor pisze te utworki, jakby był „Schumannem, który przeczytał Becketta i wysłuchał Weberna”. Ja bym powiedziała, że nie Schumannem, ale raczej Bartókiem – trochę przypomina się cykl Mikrokosmos. Z tą różnicą, że cykl Bartóka ma charakter edukacyjny, a cykl Kurtága jest swobodnym notatnikiem myśli i wrażeń. Kompozytor pisze go od 1972 r. i napisał już 10 tomów, z czego czwarty i ósmy są na cztery ręce lub dwa fortepiany.

Borbély zaprezentował utwory z ksiąg V, VI, VII i X. Niektóre są dedykowane znajomym i przyjaciołom; z dziś wykonanych np. Un brin de bruyère à Witold – dokładniej jest to jeden z utworów zamówionych przez Polskie Radio z inicjatywy Andrzeja Chłopeckiego po śmierci Witolda Lutosławskiego (tutaj w wersji na cymbały) czy Hommage à Gösta Neuwirth (to muzykolog austriacki, stryj znanej kompozytorki Olgi). Są też miniaturowe anegdoty, są i bardziej abstrakcyjne utwory, np. Preludium i Chorał zmieszczone w niecałych dwóch minutach. Co tu dużo gadać, najlepiej posłuchać – tutaj w wyborze i wykonaniu samego kompozytora.

Pianista wykonał po kilka utworów na początku każdej z części: w pierwszej zabrzmiał jeszcze II Kwartet smyczkowy Bartóka w opracowaniu na fortepian Pétera Tprnyaia (było to prawykonanie tej transkrypcji). Nie bardzo wiem, po co to robić; Bartók w swoich utworach fortepianowych traktował ten instrument zupełnie inaczej, raczej perkusyjnie, choć i subtelności się zdarzały, ale nie było takiego romantycznego ekspresjonizmu jak w I części tego kwartetu. Bardziej adekwatna była scherzowa druga część i żałobna trzecia, finałowa.

Mocnym finałem był pierwszy zeszyt Etiud Ligetiego. Niestety trochę mi w tej interpretacji brakło blasku w pierwszej etiudzie, Désordre, w której potrzeba prawie swingu, czy drapieżności w Fanfarach. Podrzucam Pierre’Laurenta Aimarda. Ale im dalej, tym było lepiej. Te etiudy są piekielnie trudne, nie tylko technicznie, ale też rytmicznie (polirytmie na każdym kroku), więc nic dziwnego, że zmęczony pianista nie chciał bisować, choć publiczność (jak to mawiam w takich wypadkach, mała, ale smaczna) próbowała go swoim entuzjazmem zachęcić. Bo ta muzyka jest wielka.

Reklama