W różnych zestawach

Dzisiejszy koncert festiwalu Łańcuch XXIII zaplanował nie tylko Marcin Krajewski, ale też Tansman Trio, którego dwie członkinie dziś wystąpiły wraz z innymi dwoma świetnymi kameralistami.

W tym triu skrzypaczka Roksana Kwaśnikowska i altowiolistka Agnieszka Podłucka grają z wiolonczelistką Zuzanną Sosnowską. Parę lat temu na koncercie w FN wykonały dwa z dziś prezentowanych utworów. Dziś zamiast Sosnowskiej wystąpił Marcel Markowski, koncertmistrz Sinfonii Varsovii (przez jakiś czas był równolegle koncertmistrzem Opery Narodowej, od tego sezonu już nie), czwartym zaś wykonawcą był znany nam dobrze pianista Radosław Kurek. Znamienne, że cała czwórka jest niezwykle wszechstronna: to nie tylko wybitni kameraliści, lecz odnoszą też sukcesy jako soliści i prowadzą działalność pedagogiczną (poza wiolonczelistą).

Obowiązkowymi na tym festiwalu utworami Lutosławskiego były dwa duety (w tym zestawie wykonawców innej kombinacji nie dałoby się znaleźć). Na początek Subito – nie wiem, czy słyszałam wcześniej tak dobre wykonanie, które kazało mi usłyszeć to krótkie, a treściwe dzieło na nowo. Roksana Kwaśnikowska i Radosław Kurek byli i drapieżni, i liryczni; pięknym, miękkim brzmieniom skrzypiec w środkowym fragmencie towarzyszyły impresjonistyczne, zamglone barwy w fortepianie. Drugim duetem było Grave. Metamorfozy na wiolonczelę i fortepian – tu z kolei nastrój był bardziej posępny; jest to przecież utwór żałobny, poświęcony pamięci wybitnego muzykologa, autora książek o Debussym – Stefana Jarocińskiego (i na cześć jego miłości do tego kompozytora całość rozwija się z pierwszych czterech nut Peleasa i Melizandy).

Posępność także dominowała w I Triu smyczkowym Romana Palestra. I choć oczywiście brzmiało to pięknie, dużo było tu subtelności, niuansów, wysmakowania, to ja osobiście jakoś nie kontaktuję z tą muzyką, nie wiem, dlaczego ta fraza jest taka, a druga taka, dlaczego kończy się akurat w tym miejscu itp. Wydaje mi się to przekombinowane, a jednak logiki w tym nie słyszę.

Odwrotnie II Trio Tansmana, które powstało dokładnie w tym samym 1946 r., co utwór Panufnika: słucha się tego świetnie. Jakaż odmienna stylistyka: próba powrotu do dawnych dobrych neoklasycznych czasów. Jednak nie tak pogodna jak niegdyś, zwłaszcza w Elegii – drugiej części, zgodnej z tytułem; w końcu mimo że kompozytor zdołał uchronić się przed wojną w Stanach Zjednoczonych, to z pewnością odcisnęła na nim piętno. A owe trzy szybkie części, pędzące jak perpetuum mobile z obsesyjnie powtarzanymi motywami, też nie są tak „bezproblemowe”; w III części (Scherzo) rytmy bardzo przypominają Taniec wybranej ze Święta wiosny Strawińskiego, a pamiętamy przecież, o co tam chodziło.

Cała czwórka muzyków spotkała się w utworze Pawła Mykietyna Perpetuum stabile z 2018 r. Tytuł jest przewrotny i trafny, bo w partii fortepianowej muzyka kręci się w kółko, a raczej w koło kwintowe, coraz szybciej jak na karuzeli, a w smyczkach stoi na długich dźwiękach i choć także one się zmieniają, to powoli i spokojnie. Od tego zestawu może się w głowie zakręcić – temat przyspieszania i zwalniania muzyki Mykietyn zgłębia od lat. Tu także można by zapytać: a dlaczego akurat w tym momencie (nagle) się kończy? Prawdę mówiąc nie mogłoby być inaczej, tego nie da się skończyć, trzeba po prostu przerwać.

Jutro ostatni koncert tegorocznego Łańcucha. I to tu będę, a nie w Operze Narodowej.

Reklama