Anglicy na koniec festiwalu

Tradycyjnie w Niedzielę Wielkanocną odchodzimy od tematyki religijnej i po prostu cieszymy się muzyką. Tym razem – angielską.

Maciej Skrzeczkowski jest klawesynistą (a właściwie szerzej – klawiszowcem) wybitnym. Muzyka wirginalistów angielskich od dawna (o ile można użyć słowa „dawno” w stosunku do tak młodego artysty) jest jedną z jego specjalności – pierwszą swoją płytę poświęcił twórczości Johna Bulla (w zeszłym roku wykonał ten repertuar na Actus Humanus, niestety nie byłam na tym koncercie). Idąc tym tropem wybrał na tegoroczny występ dzieła Benjamina Cosyna, o którym wiadomo bardzo niewiele, nawet nie do końca wiemy, kiedy żył i jak pisze się jego nazwisko. Wiemy, że był kopistą muzyki czołowych brytyjskich wirginalistów, ale też sam komponował; jego własnymi utworami mniej się zajmowano. Prawdopodobnie dzisiejszy recital był pierwszym nie tylko w Polsce, ale i na świecie monograficznym koncertem Cosyna. Z tego, co się o nim cytuje, wynikałoby, że nie był to kompozytor wybitny, że jego dzieła były dość konwencjonalne. Jednak w wykonaniu Skrzeczkowskiego w ogóle nie odnosiło się takiego wrażenia – i teraz pytanie: czy to zasługa wykonawcy, czy naprawdę są to utwory o wiele ciekawsze niż się spodziewano? Fakt, że mieliśmy z tego koncertu ogromną przyjemność, a solista uraczył nas jeszcze długim bisem: Offertorium Thomasa Tomkinsa.

Les Musiciens de Saint-Julien, tym razem w składzie pięcioosobowym plus dwa kontratenory, poświęcił swój występ dziełom Henry’ego Purcella i Johna Blowa. Centralnym punktem była obszerna Oda na śmierć Purcella, którą Blow, jego nauczyciel i przyjaciel, napisał do kunsztownego tekstu Johna Drydena, współpracownika Purcella. Końcowa część koncertu to była z kolei Purcellowska lista przebojów, w tym Sound the trumpet i Music for a while.

Wspaniały popis dały oba kontratenory, zwłaszcza Tim Mead, obdarzony głosem o pięknej, ciepłej barwie i umiejący nim operować. Głos Jamesa Halla wydaje się bardziej prosty, ale też interesujący. François Lazarevitch tym razem był trochę w tle, razem z Elsą Frank grali głównie na różnego rodzaju fletach, ona również na oboju, ale on z kolei nie byłby sobą, gdyby jednego z utworów nie zagrał na dudach. Zachwycona publiczność wyprosiła trzy bisy.

No i po festiwalu – strasznie szybko zleciało… Teraz dłuższa przerwa, aż do grudnia. Stęsknimy się.

Reklama