Pamięci Jadwigi Rappé
Była prezeską Towarzystwa im. Witolda Lutosławskiego w latach 2006-9. Za parę tygodni obchodziłaby 74. urodziny – odeszła o wiele za wcześnie. Jej pamięci poświęcony został ostatni koncert Łańcucha XXIII.
Była nie tylko wspaniałą śpiewaczką, ale też osobą niesłychanie twórczą, mającą fantastyczne pomysły – na koncerty, na płyty, na akcje. Pasowałby do niej tak interesujący program jak dzisiejszy. A ponadto była cenioną pedagożką, więc dobrze, że jako solista wystąpił jej dawny student, Paweł Trojak.
A grała AUKSO pod batutą Marka Mosia. Rozpoczęła Muzyką żałobną Lutosławskiego, która zabrzmiała dziś jakoś mało żałobnie, tak szybkie było tempo. O tyle jest to zbieżne z intencjami kompozytora, że on w środkowej części widział obraz życia i aktywności. Ale nie w częściach skrajnych. Jednak wszystko było oczywiście zagrane bardzo precyzyjne, a w tym tempie miałam jeszcze takie skojarzenie, że w tym utworze Lutosławski zrobił właściwie to, co w ostatnich latach robi Paweł Mykietyn (także w utworze wykonanym na tej sali wczoraj): przyspieszanie czasu.
Vier ernste Gesange Brahmsa to był jedyny na tym festiwalu wypad w XIX wiek (a dokładniej w samą jego końcówkę – 1896). To już bezpośrednie nawiązanie do adresatki dedykacji koncertu, która była cudowną wykonawczynią tych pieśni – jak zresztą kompletu pieśni Brahmsa, który jeszcze jako młoda śpiewaczka nagrała z Ewą Pobłocką. Dziś usłyszeliśmy opracowanie Davida Matthewsa na głos z orkiestrą smyczkową z 2013 r.; bardzo udane, a solista starał się dać odpowiednią ekspresję, ja jednak wciąż mam w pamięci głos Jadwigi. Płyta stoi na półce, ale nie będę jej teraz słuchać, bo chyba bym się popłakała.
Neutralnym przerywnikiem z innego świata, ale w jakiś sposób dziwnie dopasowanym (można tu się dosłuchać tematu podobnego do Brahmsa, ale też aluzji do Bacha) była Passacaglia Franka Martina, początkowo napisana na organy (1944), 8 lat później opracowana na orkiestrę smyczkową przez samego kompozytora (i zapewne w tej formie lepsza). Ale prawdziwe zaskoczenie nastąpiło na koniec. Kolejne odkrycie: Aleksander Łokszyn, V Symfonia „Sonety Szekspira” z 1969 r. Wydawałoby się – kolejny kompozytor o żydowskich korzeniach działający w ZSRR (jego nazwisko w jidysz oznacza makaron), przy tym bardzo ciężko doświadczony przez życie. Ale w tej muzyce nie ma nic z Wajnberga, Aleksandra Weprika czy Grigorija Frida, nie ma też tematyki martyrologicznej – czyste pięknoduchowstwo i formalizm, przywiązanie do pseudowartości zgniłego Zachodu czy jak tam też Sowieci mogli to nazywać. A na serio: jest to jak najdalsze od muzyki rosyjskiej w ogóle. Ten konkretny utwór najbardziej przypominał mi Brittena (może też ze względu na tekst, ale nie tylko), chwilami Strawińskiego, a pod koniec można się dosłuchać aluzji do Mahlera. To jest tak inne, że nic dziwnego, że kompozytor Sowietom nie pasował. Chyba zabiorę się za szersze słuchanie jego muzyki (jest jej całkiem niemało na tubie). Niezwykła. A wykonanie V Symfonii, znów z Pawłem Trojakiem, było naprawdę dobre.
Komentarze
Muszę dodać wspomnienie z zamierzchłej przeszłości. Dość wczesne lata 1990. (być może 1993-94), toruński Dwór Artusa, sala kameralna, rozpoczyna się koncert Jadwigi Rappé (pochodzącej z Torunia!) i Ewy Pobłockiej. Głowy nie dam, ale ten późny Brahms mógł być w programie, wszak artystki dopiero co to nagrały. Niestety w tym samym czasie dwa piętra niżej rozpoczyna się próba jakiejś orkiestry dętej… Koncert toczy się z przerwami, w końcu zostaje przed czasem definitywnie zakończony, dęta wygrała. Nie pamiętam co Panie wtedy zdołały wykonać, jeśli pieśni Brahmsa nie było, to z ich wykonaniem na żywo musiałem do dziś poczekać, ale było warto. A pani Ewa była dziś, a właściwie wczoraj, na sali, miałem podejść i zapytać o tamten koncert, ale w przerwie zniknęła.