Wizyty przyjaciół

Dziś smutna rocznica – 6 lat temu zmarł Krzysztof Penderecki. Miało to małe odzwierciedlenie w dzisiejszym programie festiwalu.

Niezależnie od tego i od innego smutnego wydarzenia sprzed paru miesięcy obecny Festiwal Beethovenowski jest jubileuszowy i z tej okazji przyjeżdżają tu przyjaciele imprezy i jej założycieli. Południowy recital Barry’ego Douglasa na Zamku Królewskim przypominał, że jest to pianista bardzo zasłużony dla festiwalu, ale także prywatnie dla państwa Pendereckich: to on dokonał pierwszego polskiego wykonania osławionego Koncertu fortepianowego „Zmartwychwstanie”, które to wydarzenie skończyło się wielkim skandalem, a on wziął to na klatę. Przez lata zresztą chętnie grywał ten utwór. A poza tym wiadomo – zwycięzca Konkursu im. Czajkowskiego z 1986 r., a rok wcześniej zdobywca II miejsca na Konkursie Vana Cliburna. Minęło 40 lat, artysta ma lat 66 i trochę się jednak zmienił. Inna sprawa, że Sala Balowa Zamku Królewskiego średnio się nadaje do fortepianu, który zwykle w niej huczy (jedynym wyjątkiem z tego, co pamiętam, był recital Kate Liu). A jednocześnie wszelkie niedoróbki słychać. Z dwoma Impromptus z op. 142 Schuberta pianista się męczył, podobnie z kilkoma fragmentami z Romea i Julii Prokofiewa. Wybrane utwory z op. 116 Brahmsa też były zbyt huczące, jedyne ładniejsze było Intermezzo E-dur – trochę się obawiałam, jak on zagra tę delikatną i oniryczną muzykę, a tymczasem okazało się, że właśnie to mu wyszło najlepiej. Po Appassionacie, która kiedyś była jego hitem i w której zdecydowanie czuł się lepiej, na bis zagrał melodię irlandzką – podobno szykuje album z takim repertuarem i to powinno wypaść dobrze, bo naprawdę to czuje.

Wieczorem sami przyjaciele Krzysztofa Pendereckiego – Sinfonia Varsovia, z którą pracował, pod batutą Sergeya Smbatyana, który na organizowanym przez siebie festiwalu muzyki współczesnej w Erewanie umieszcza jego utwory. Ten koncert został rozpoczęty Chaconną in memoriam Giovanni Paolo II, którą orkiestra zagrała z niesamowitym wyczuciem – jak przesłodzony mi się ten utwór zwykle wydaje, tak tym razem usłyszałam w nim trochę nowych rzeczy. Do tego jako solista Vadim Gluzman, który już tu przyjeżdżał – pięknie zabrzmiał na stradivariusie ex Leopold Auer Koncert Brahmsa, choć może trochę na baczność, za to swoją poetycką stronę skrzypek pokazał w pięknym bisie. A w drugiej części odrobinę patrona festiwalu – Egmont, oraz III Symfonia „Reńska” Schumanna. Trochę przyciężko i zbyt szybko, bo taka była interpretacja dyrygenta, ale orkiestra była dziś w znakomitej formie – zwłaszcza należy pochwalić waltornie oraz obój (bezkonkurencyjny Arkadiusz Krupa).

I na tym niestety kończy się moja obecność na Festiwalu Beethovenowskim. Rano ruszam do Krakowa.

Reklama