Młody Bach-ojciec, stary Bach-syn

Na oficjalnej inauguracji Actus Humanus Resurrectio w gdańskim Centrum św. Jana Ensemble Correspondances pod dyrekcją Sébastiena Daucégo pokazał repertuar, który znalazł się na najnowszej płycie zespołu.

Dziś jednak do tych trzech kantat młodego Johanna Sebastiana z płyty (nr 4, 106, 131) dołączył też nr 150, chyba najbardziej archaiczną z tych wszystkich. Ponoć ma powstać kolejna płyta tego cyklu. Te dzieła z pewnością wnoszą specyficzną, istotną jakość.

Miałam kiedyś wielką przyjemność śpiewać w chórze kantatę nr 131 (Aus der Tiefen rufe ich, Herr, zu dir) i wówczas nie zastanawiałam się nad jakąś specyficzną jakością muzyki młodego Bacha (powstałej najprawdopodobniej w Mühlhausen – kompozytor miał wówczas dwadzieścia parę lat) – Bach to Bach, wszelkie znane cechy i środki kojarzące się z Bachem już tu były. Ale z dystansu i w zestawieniu z trzema innymi słyszy się, że są osobne. Te same środki zostały tu użyte inaczej. Więcej tu gry motywami, powtórzeń nieledwie transowych, a przy tym jakiejś surowości, powagi. Zwłaszcza w owym numerze 150 – Nach dir, Herr, verlanget mich oraz Christ lag in Todesbanden – ta ostatnia to właściwie wariacje na temat z chorału Marcina Lutra, a temat wykorzystywany jest wszechstronnie i wciąż powraca. Co do Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit, słynna jest transkrypcja wstępnej Sonatiny, dokonana na cztery ręce przez Györgya Kurtága dla siebie i żony; wzięło już ją do repertuaru wiele fortepianowych duetów, stała się też leitmotivem na setnych urodzinach kompozytora.

Muzykowanie Ensemble Correspondances i ich szefa ma w sobie szlachetną prostotę, a ta cecha właśnie jest najbardziej potrzebna do wykonywania młodego Bacha, który właśnie prostotą szczególnie wzrusza. Wiemy, że mamy do czynienia z geniuszem, ale że w tym momencie nie rozwinął jeszcze w pełni skrzydeł i wykazuje wpływy muzyki przeszłości, słyszymy w niej cień archaizacji, choć – jak to często bywa u geniuszy – ta archaizacja ma zarazem w sobie odkrywczość.

Po południu w Ratuszu Głównego Miasta wytężaliśmy słuch, by usłyszeć (w wykonaniu Marii Erdman) klawikordowe dzieła Carla Philippa Emanuela Bacha z późniejszych lat jego życia: dwa cykle Utworów charakterystycznych, czasem bardzo zabawnych, portretujących intymnie (to dobre słowo, bo dźwięk klawikordu jest, że tak powiem, intymny), i bardzo poważne Fantasia fis-moll i Rondo e-moll napisane na pożegnanie swojego własnego instrumentu Silbermanna, który właśnie oddawał w dobre ręce, sam nie mogąc już grać z powodu artretyzmu (zresztą rok później zmarł). W tym ostatnim utworze mogliśmy się przekonać, że na klawikordzie można wibrować – to efekt zwany Bebung, a robi się to podobnie jak wibrowanie na skrzypcach. To zresztą niesamowite dzieło, które zestawiałam w myślach z Fantazją chromatyczną Bacha-ojca. CPE musiał bardzo kochać ten swój instrumencik, jeśli tak pięknie się z nim żegnał. Wykonanie było znakomite, choć chętnie by się posłuchało tego w bardziej donośnej wersji. No, ale to nie byłoby to samo.

Reklama