Transkrypcje i inedita
W istocie bardzo ciekawy był dzisiejszy recital Alexandre’a Tharauda w NOSPR. Choć w tym repertuarze chciałoby się czegoś więcej.
Większość programu to były własne transkrypcje pianisty, które, choć zgrabne, w gruncie rzeczy zamieniały te utwory w inne. Cantique de Jean Racine 19-letniego Gabriela Fauré, dzieło napisane w oryginale na chór z towarzyszeniem organów lub fortepianu, w wersji na sam fortepian jeszcze bardziej przypominało Schumanna czy Mendelssohna. Preludium do popołudnia fauna Debussy’ego zmieniło się jakby w kolejne z jego fortepianowych preludiów, owszem, miało nastrój, ale faun gdzieś się ulotnił (co nawiasem mówiąc pokazało, jak ważna w tym utworze jest jego wyrafinowana instrumentacja). Zagrana zaś jako wielki finał transkrypcja Ucznia czarnoksiężnika Paula Dukasa zrobiła z tego poematu symfonicznego jakby kolejne dzieło Liszta – na pewno mniej banalnie jest zagrać coś takiego niż powszechnie znane transkrypcje, ale to też utwór, w którym instrumentacja stoi na pierwszym miejscu i kiedy znika, staje się spłaszczony. Powiedział 60jerzy, że to było bardzo kulturalne odzieranie tych dzieł z ich wyrafinowania, i coś w tym jest.
Jedynym wyskokiem w głębszą przeszłość muzyki francuskiej była Suite en la Jean-Philippe’a Rameau – tu już nie transkrypcja, tylko przeniesienie dzieła w świat innych brzmień (co wielu pianistów zresztą również uprawia), ale w sumie najbardziej interesująca była część poświęcona nieznanym dziełom, a właściwie dziełkom, drobiazgom, szkicom Erika Satie, odkrytym ostatnio; Tharaud w zeszłym roku nagrał z nimi płytę. Bardzo to zabawne rzeczy, niektóre kawiarniane (pianista dołączył też jeden znany hit – Je te veux), niektóre bardziej typowe dla kompozytora w swoim zjadliwym humorze, niektóre eksperymentujące, jak Szkice bitonalne (ciekawe, z którego roku; pierwszy był chyba jednak Bartók w swoich Bagatelach z 1908 r.). Brakowało mi tu jednak czegoś – w utworach „kawiarnianych” wdzięku i luzu, w pozostałych – lekkości i humoru.
Publiczność jednak przyjęła recital entuzjastycznie. Pierwszy bis był przewidywalny: pierwsza Gnossienne (ja co prawda myślałam, że będzie jeszcze banalniej, czyli pierwsza Gymnopédie); drugi zaś pochodził z również zeszłorocznej płyty Tharauda Pianosong, oddającej hołd piosence francuskiej – było to jego własne opracowanie znanego hitu wykonywanego przez Edith Piaf – Padam, padam (do tej pieśniarki nawiązał też w programie, włączając Improvisation No. 15 – Hommage a Edith Piaf Poulenca). A nawet można w tym wypadku powiedzieć, że nie tyle opracowanie, co forma bardziej twórcza wariacja na temat.