Równość wyrwana od polityków
Od pierwszej Parady Równości w Warszawie minęło 25 lat. Zmieniło się przez ten czas społeczeństwo, ale za tą zmianą nie podążyło prawo, bo politycy ciągle boją się homofobicznej mniejszości. Właśnie zdecydowali, że nie będzie możliwości rejestracji w polskich USC zagranicznych małżeństw osób niebinarnych.
Od 1989 r. wszystkie zmiany w prawie na korzyść praw osób LGBTQ zostały wymuszone na władzy wyrokami sądów i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
25 lat temu były w Polsce może trzy organizacje osób LGBTQ, a opinia publiczna była albo homofobiczna, albo uznawała, że dyskryminacji osób nieheteronormatywnych w Polsce nie ma, a problemem jest co najwyżej „obnoszenie się” przez pojedyncze osoby ze swoją orientacją seksualną. Olbrzymią zasługę w uświadomieniu praw osób LGBTQ – nie tylko ogółowi społeczeństwa, ale też im samym – ma założona 25 lat temu m.in. przez Roberta Biedronia Kampania Przeciw Homofobii. Dziś rodzice dzieci homoseksualnych, transpłciowych, interpłciowych czy niebinarnych często wspierają je w ekspresji ich tożsamości. W dużych miastach tę tożsamość można dość bezpiecznie ujawniać w szkole i środowiskach rówieśniczych, a przypadki braku poszanowania dla niej piętnowane są przez media, rzecznika praw dziecka czy rzecznika praw obywatelskich.
Nie jest dobrze, ale nie ma porównania do czasów, gdy ujawnionych było kilka, kilkanaście osób publicznie wypowiadających się w imieniu całego środowiska, a reszta siedziała starannie zamknięta w swoich szafach. CBOS zbadał, że w 2008 r. zaledwie 15 osób znało osobiście jakąś osobę LGBTQ, w 2021 – 43 proc., w 2024 – 47 proc. W 2005 r. zaledwie 4 proc. społeczeństwa uznawało homoseksualność za rzecz „normalną”, a w 2021 – 23 proc. W 2024 r. 43 proc. badanych uznało, że geje i lesbijki powinni mieć prawo pokazywać publicznie swój sposób życia, 44 proc. – że powinni nieć prawo zawierania związków małżeńskich, a 23 proc. poparło możliwość adopcji dzieci przez pary homoseksualne.
Homofobia karmi akceptację
Do zmiany postrzegania osób nieheteronormatywnych i ich praw walnie przyczynili się prawicowi politycy, ksenofobiczne organizacje i Kościół katolicki. Lech Kaczyński zakazując – jako prezydent Warszawy – Parady Równości w 2005 r., sprawił, że w nielegalnej Paradzie poszło bodaj więcej osób hetero niż LGBTQ, bo zakaz odczytany został jako kolejna represja wymierzana w obywatelskie wolności przez ówczesny rząd Prawa i Sprawiedliwości. Potem przez Polskę przetoczyła się fala zakazów marszów równości w innych miastach, które – wzorem Warszawy – odbywały się nielegalnie, przy licznym udziale sojuszników osób LGBTQ. Bo wtedy to nastawiona wolnościowo część społeczeństwa odkryła, że osoby o innej orientacji i tożsamości płciowej są współobywatelami mającymi identyczne prawa, które narusza opresyjna, homofobiczna i ksenofobiczna władza.
Potem, za drugich rządów PiS, była akcja „stref wolnych od LGBT”, a abp Jędraszewski (2019) wygłosił słynne zdanie o „tęczowej zarazie”. To wprawdzie podnieciło homofobów, ale też umocniło społeczną akceptację dla równych praw osób LGBT. A ta równość, obok dostępności aborcji rozumianej jako prawo kobiet do decydowaniu o swoim życiu osobistym, stała się postulatem większości młodych ludzi, których udział w głosowaniu w wyborach w 2023 r. dała zwycięstwo rządzącej dziś koalicji.
20 lat walki w sądach
Równe prawa społeczność LGBTQ wywalcza sobie sama.
W 2007 r. (sprawa Bączkowski i inni przeciwko Polsce) Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał zakaz Parady za naruszenie wolności zgromadzeń. Stwierdził – odwołując się do rozmowy z Lechem Kaczyńskim o powodach zakazu (którą przeprowadziłam z nim dla „Gazety Wyborczej”) – że przekonania funkcjonariuszy władzy publicznej nie mogą być uzasadnieniem dla ograniczania wolności zgromadzeń, a zakaz z 2005 r. był dyskryminacją osób LGBTQ.
Kolejna wygrana przed ETPC to wyrok Kozak przeciwko Polsce z 2010 r. (skarżącego reprezentowała Dorota Pudzianowska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka) o prawo do mieszkania komunalnego po zmarłym partnerze. Władze samorządowe odmówiły takiego prawa Tomaszowi Kozakowi, mimo że odpowiedni przepis kodeksu cywilnego mówi, że należy się ono oprócz małżonka i dzieci także osobie, która „pozostawała faktycznie we wspólnym pożyciu z najemcą”. Trybunał orzekł, że wyłączanie z prawa najmu partnera tej samej płci z powodu orientacji seksualnej jest dyskryminacją.
W 2016 r. na wniosek pierwszej prezeski SN Małgorzaty Gersdorf Sąd Najwyższy rozstrzygnął wątpliwości w orzecznictwie dotyczące rozumienia sformułowania „osoba pozostająca we wspólnym pożyciu” użytego w prawie karnym. SN w uchwale siedmiu sędziów stwierdził, że „odmienność płci nie jest konieczna do uznania, że dwie osoby pozostają we wspólnym pożyciu”, które oznacza istnienie pomiędzy nimi więzi „duchowych (emocjonalnych), fizycznych oraz gospodarczych (wspólne gospodarstwo domowe)”.
Potem była długa batalia organizacji LGBTQ i uznanie prawa do uzyskania zaświadczenia o niepozostawaniu w związku małżeńskim, które potrzebne było do zawarcia związku za granicą – wygrana przed ETPC w 2025 r. (skarga Szypuła i inni przeciwko Polsce). Sprawa o rejestrację w polskich Urzędach Stanu Cywilnego zagranicznych aktów urodzenia dzieci, które miały oboje rodziców tej samej płci. Na wniosek RPO Adama Bodnara Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie skierował do TSUE pytanie prejudycjalne w tej sprawie, a w 2022 r. orzekł, że bez względu na to, czy polskie prawo uznaje pary jednopłciowe i możliwość bycia przez nie rodzicami, ich dziecko musi mieć możliwość uzyskania dowodu tożsamości lub paszportu umożliwiającego mu podróżowanie po Unii Europejskiej i przebywanie z rodzicami.
Przed Trybunałem w Strasburgu osoby pozostające w związkach jednopłciowych w 2023 r. (Przybyszewska i inni przeciwko Polsce) uzyskały wyrok, że państwo ma obowiązek umożliwić im zawarcie chronionego prawem związku. Z kolei w wyroku z 2024 r. (Formela i inni przeciwko Polsce) Trybunał stwierdził, że brak możliwości uznania w Polsce małżeństwa zawartego za granicą oznacza tym samym dyskryminację w prawach socjalnych i podatkowych – m.in. brak możliwości skorzystania z urlopu na opiekę nad chorym partnerem(ką) czy możliwości wspólnego rozliczenia podatku.
Ostatnia wygrana – w listopadzie zeszłego roku, także przed TSUE – to sprawa rejestracji w Polsce małżeństw jednopłciowych zawartych za granicą. Trybunał stwierdził, że odmowa rejestracji związku jednopłciowego zawartego za granicą jest naruszeniem unijnej zasady swobodnego przepływu osób i obywatelstwa Unii odczytywanych w świetle Karty Praw Podstawowych: prawa poszanowania życia prywatnego i rodzinnego i zakazu dyskryminacji m.in. ze względu na orientację seksualną. Stwierdził też, że polskie władze nie mogą powoływać się na sprzeczność rejestracji w Polsce małżeństw jednopłciowych zawartych w innych krajach Unii z „podstawowymi zasadami porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej”, ponieważ krajowe „podstawowe zasady porządku prawnego” nie mogą być sprzeczne z wartościami podstawowymi Unii.
A więc upada argument, że art. 18 konstytucji („małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod opieką i ochroną RP”) wyklucza legalizację małżeństw jednopłciowych. Stwierdził to, wykonując ten wyrok TSUE, skład NSA, który skierował pytanie prejudycjalne do TSUE.
Politycy hamulcowi
To wszystko wywalczyły osoby LGBTQ w sądach, wymuszając zmiany w prawie. Politycy sami z siebie nie zrobili – przynajmniej nie zrobili skutecznie – nic. Było mnóstwo obietnic legalizacji związków jednopłciowych (także ze strony Donalda Tuska, gdy ubiegał się o powrót jego formacji do władzy) i kilkanaście projektów, które nie zostały uchwalone, bo politykom zależało, by gonić króliczka, ale go nie złapać. Obecny, uchwalony przez Sejm i czekający na rozpatrzenie w Senacie projekt, o który do upadłego (niestety, także upadłego sensu projektu) walczyła pełnomocniczka ds. równości Katarzyna Kotula, przyda się przede wszystkim osobom – homo czy hetero – które nie chcą zawrzeć małżeństwa. A społeczność LGBTQ w Polsce żąda obowiązującej w większości państw Unii równości małżeńskiej, a nie rejestrowanej u notariusza umowy o związku.
A władza robi wszystko, by umniejszyć nawet te prawa, które społeczność LGBTQ wywalczyła sobie w sądach. Wyrok TSUE oparte na nich orzeczenia sądów administracyjnych o obowiązku rejestracji przez państwo związków zawartych za granicą wymagał jedynie dostosowania rozporządzenia wydanego przez ministra cyfryzacji do wymogu ustawy o aktach stanu cywilnego, która (art. 88) mówi, że do ksiąg stanu cywilnego wpisuje się „nazwiska i imiona osób, które zawarły małżeństwo, nazwiska rodowe, stan cywilny oraz daty i miejsca urodzenia”.
Nie ma nic o tym, że w rozporządzeniu, jakie do tego przepisu wydał minister, określając wzór wpisu w rubrykach, należy „osoby” zamienić na „kobieta” i „mężczyzna”. A tak zrobił w 2023 r. ówczesny minister cyfryzacji. 22 maja, po miesiącach przepychanek związanych z wyrokiem TSUE, rząd ogłosił, że rozporządzenie zostanie zmienione tak, by przewidzieć odrębne wzory z rubrykami: kobieta/mężczyzna 1”, „kobieta/mężczyzna 2”.
Dyskryminacja osób niebinarnych
Dlaczego nie może być jeden wzór dla wszystkich z rubryką „osoba1” i „osoba 2”? Może dlatego, że dla polityków koalicji zbyt wielkim zagrożeniem dla ich reelekcji w nadchodzących wyborach byłby zarzut, że dopuścili do rejestracji w Polsce małżeństw osób niebinarnych, czyli nieidentyfikujących się ani jako kobieta, ani jako mężczyzna? Bo taki kształt wzorów wpisu aktu małżeństwa do ksiąg USC, jaki ustalono w rządzie, wyklucza transkrypcję zawartych za granicą związków, w których przynajmniej jedno z małżonków jest niebinarne.
Tak więc następne kilka, kilkanaście lat potrwa walka o sądowe uznanie prawa do transkrypcji w Polsce aktów małżeństwa osoby – osób niebinarnych. I znowu trzeba wymuszać na politykach poszanowanie dla konstytucyjnej zasady równości w prawach nieheteronormatywnych obywateli.
Komentarze
Ekwilibrystyka slowna, że zboczeniec to jakaś „osoba nieheteronormatywna” nic w rzeczywistości nie zmienia.