Melancholijny finał
Występ Deutsche Radio Philharmonie Saarbrücken Kaiserslautern pod batutą Josepa Ponsa i z solistką Arabellą Steinbacher był zamknięciem tegorocznego Festiwalu Kultura Natura w NOSPR.
Żałuję, że ominęło mnie kilka wydarzeń tej edycji, które podobno wypadły znakomicie. Orkiestra, która dziś tu zagościła, powstała, jak sama nazwa wskazuje, z połączenia orkiestr radiowych z Saarbrücken i Kaiserslautern, które nastąpiło w 2007 r. To był trudny czas oszczędzania i redukcji, wielu muzyków traciło pracę. Z zespołem w Saarbrücken przez wiele lat współpracował Stanisław Skrowaczewski – jeszcze od lat 70.; później był również pierwszym dyrygentem gościnnym połączonych orkiestr. Z tą pierwszą dokonał wielu nagrań, w tym kompletu symfonii swojego ukochanego Brucknera, ale i własnych utworów.
Kataloński dyrygent Josep Pons jest od tego sezonu szefem muzycznym tego zespołu (równolegle także barcelońskiego Teatro Liceu), ale także współpracował z nim od dawna – byli razem prawie dekadę temu w Warszawie na inauguracji Festiwalu Beethovenowskiego. Program był wówczas zupełnie inny, a muzycy z dyrygentem przez ten czas chyba bardziej się dotarli. No i melancholia, godna właściwie bardziej jakiejś jesiennej pory niż lata, które właśnie rozkwitło, chyba jest im bliższa.
Ferruccio Busoni powszechnie znany jest głównie z fortepianowych transkrypcji organowych preludiów chorałowych Bacha, a przecież był również znakomitym pianistą, płodnym kompozytorem i inspirującym pedagogiem: wśród pianistów – jego studentów szczególnie mogą nas zainteresować Ignacy Friedman i Józef Turczyński czy – jako Polak honoris causa – Egon Petri. Był też autorem dzieła o „nowej estetyce muzycznej”, w którym przewidział muzykę opartą na skali zawierającej więcej niż 12 półtonów oraz generowaną elektronicznie. W tym samym 1907 r. powstała Berceuse élégiaque, której prawykonania dokonał w Nowym Jorku sam Gustav Mahler na ostatnim koncercie, jaki poprowadził. Znamienne przy tym, że jest to taki typ „kołysanki na wieczny sen”, głęboko nostalgicznej; niestety jak dla mnie kiks waltorni chwilowo zburzył nastrój. Ale to krótkie dzieło jest piękne; nigdy go wcześniej nie słyszałam.
Melancholii ciąg dalszy mieliśmy w Koncercie skrzypcowym „Pamięci Anioła” Albana Berga. Ciekawe, że kiedy trzy miesiące temu grała ten utwór w FN Leila Josefowicz, wykonała nawet ten sam bis. Ale przyznam, że rzeczywiście pasuje – zmienia oczywiście aurę muzyczną, lecz pozostaje w nastroju refleksji. Bach przecież pojawia się i w utworze Berga pod koniec – cytat z chorału Est is genug z kantaty O Ewigkeit, du Donnerwort. A co do wykonania, było w nim chyba więcej ciepła niż w tym sprzed paru miesięcy. Można było się rozmarzyć.
W drugiej części inny obraz melancholii – tej Brahmsa, pełnej fatalizmu, ale i stawania czoła przeciwnościom. Bardzo wolna i bardzo retoryczna pierwsza część, z wyrazistymi frazami – można było je smakować. Zbyt krzykliwe waltornie na początek II części. Finał również niezbyt szybki, ale przy tym nie przesadnie sentymentalny. I choć zgadzam się z tym, co powiedział po koncercie współtwórca festiwalu Eugeniusz Knapik – „ja jednak inaczej słyszę Brahmsa” (ja też), jednak można i takiego innego Brahmsa posłuchać.