Rozsypane nuty

Właśnie zbliżają się do końca jubileuszowe, 40. Warszawskie Spotkania Muzyczne. Dzisiejszy występ zespołu Kwartludium w Studiu im. Lutosławskiego był przedostatnim koncertem tego festiwalu.

Był zarazem jedynym, na którym mogłam być. Trochę żałuję, bo i na tym festiwalu ciekawe rzeczy się działy, ale też coraz więcej jest wydarzeń w tym czasie i nie da się wszystkich pogodzić. Kiedyś bywałam na nim częściej; więcej: wiele lat temu nawet brałam w nim udział: raz jako kompozytorka (w 1995 r., gdy wykonano mój utwór ale co – trzy wiersze Aleksandra Wata), raz jako wykonawczyni – członkini zespołu wokalnego Studio 600 (w rok później; obok repertuaru z naszej jedynej płyty poświęconej barokowi francuskiemu wykonałyśmy też urocze dziełko Rafała Augustyna pt. Szczebrzeszyn).

Stworzone i prowadzone latami przez nieżyjącego już Władysława Słowińskiego, Warszawskie Spotkania Muzyczne, firmowane przez Oddział Warszawski Związku Kompozytorów Polskich, miały niezwykłą, pomysłową formułę zgodną z funkcjonującym wówczas podtytułem Muzyka dawna – muzyka nowa. Chodziło o to, by polską muzykę współczesną przybliżyć słuchaczom niekoniecznie w nią wprowadzonym, umieszczając ją w atrakcyjnym np. barokowym kontekście. Często więc pojawiały się utwory współczesne, ale przeznaczone na instrumenty historyczne, i wymieszane z dziełami z dawniejszych epok. Teraz już tak bywa rzadko, a dzisiejszy koncert mógłby się właściwie wydarzyć na Warszawskiej Jesieni.

Większość wykonanych przez Kwartludium utworów miała formę rozsypujących się nut, motywów czy brzmień. W przypadku Obrazu wielokrotnego na zespół i chór zegarów (!)Tadeusza Wieleckiego delikatne tykanie kilku budzików nakładało się na równe delikatne dźwięki instrumentalne, motywy o harmonice typowej dla jego dzieł. W utworze Aleksandry Gryki mutedisorder były to dźwięki bardziej abstrakcyjne, mocniejsze, a jeszcze inne – w Rope of Sands Sławomira Wojciechowskiego czy w monolith|transparence Martyny Koseckiej. Również rozsypujące się, ale przyrodnicze, dokładniej – ptasie dźwięki, z nagrania oraz imitowane przez instrumenty, złożyły się na Habitat szwedzkiej kompozytorki Jenny Hettne (z dedykacją dla dzięcioła białogrzbietego). Tylko finałowy Learn to Play Death Metal Idina Samimi Mofakhama był inny, zgodnie z tytułem.

Z kolejnych festiwali, których będę w najbliższym czasie żałować: we środę zaczynają się lubelskie KODY. Tam już raczej na żaden z koncertów nie dam rady dojechać.

Reklama