Zamiast trąbki – harfa

Akurat tak się złożyło, że w wieczór setnych urodzin Milesa Davisa (polecam ciekawy artykuł Bartka Chacińskiego na stronie „P”) słuchałam zupełnie innej muzyki i innego instrumentu.

Był to przedostatni w tym sezonie koncert z cyklu Scena Muzyki Polskiej, a wystąpił na nim młody harfista Adrian Nowak, obecnie wykładowca krakowskiej Akademii Muzycznej. Harfa uchodzi za instrument damski; temu stereotypowi hołdował nieżyjący już niestety nasz dawny kierownik działu kultury Zdzisław Pietrasik, kiedy mówił mi żartobliwie, żebym znalazła jakąś blond harfistkę, której dalibyśmy Paszport „Polityki”. Ale przecież wystarczy przypomnieć choćby Xaviera de Maistre, a starsi warszawscy melomani zapewne pamiętają pana Vladimira Haasa (Czecha z pochodzenia), który przez wiele lat był członkiem orkiestry Filharmonii Narodowej.

Adrian Nowak gra na harfie muzykę bardzo różną, tradycyjną i awangardową. Program dzisiejszego recitalu był niemal powtórzeniem jego debiutanckiej płyty Reflections. Pierwszy utwór, Introdukcja i rapsodia Artura Gelbruna, był w tym programie jedynym tradycyjnie zapisanym, przywołującym impresjonistyczną atmosferę, z którą harfa się kojarzy. Gelbrun był warszawiakiem z urodzenia, udało mu się wyjechać przed wojną, a od 1949 r. mieszkał w Izraelu. Wykonany utwór powstał w 1972 r. i otrzymał II nagrodę na konkursie kompozytorskim w Tel Awiwie. Zupełnie inny świat dźwiękowy przyniosły Preludio e cadenza Edwarda Bogusławskiego, powstałe zaledwie o pięć lat później: prawdziwy wykwit sonoryzmu, z mocnymi efektami brzmieniowymi uzyskanymi różnymi sposobami pobudzania strun. Jeszcze inną twarz sonoryzmu, z preparacją instrumentu, przyniosły Trzy szkice na harfę solo Witolda Szalonka z tego samego okresu. Obie te kompozycje powstały dla wirtuozki tego instrumentu i wielkiej promotorki polskiej muzyki najnowszej, zmarłej w styczniu br, Urszuli Mazurek. I pomiędzy nimi Cathedrale Romana Haubenstocka-Ramatiego – innej niezwykłej postaci o barwnym życiorysie, przedwojennego Krakusa (później był Lwów, zesłanie, armia Andersa, powrót do Krakowa, emigracja do Izraela, a w końcu Paryż i Wiedeń), który tworzył muzykę graficzną – swoje partytury wystawiał jak obrazy. I właśnie takim dziełem jest Cathedrale. Do wykonywania takiej muzyki instrumentaliście jest właściwie potrzebna własna inwencja kompozytorska, bo to od wykonawcy zależy, jak zinterpretuje dany obraz.

Bardzo było ciekawie poznać nieznane rzeczy i zetknąć się z nietypowym obliczem instrumentu. A na bis była druga część Sonaty c-moll Giovanniego Battisty Pescettiego, kompozytora czasów późnego baroku i wczesnego klasycyzmu, pedagoga Myslivecka i Salieriego. W Dzień Matki harfista zadedykował go swojej zmarłej kilka lat temu matce – był to jej ulubiony utwór.

Reklama